Dobra Korea i zła Korea

numer 1776 - 17.07.2017 ▶ Publicystyka

Jestem w Korei w momencie dużego wzrostu napięcia międzynarodowego w związku z zapowiedziami komunistycznego rządu w Pjongjangu kolejnej próby broni dalekiego zasięgu. Słowo wyjaśnienia – gdy mówi się lub pisze „Korea”, wiadomo, że chodzi o tę Południową. Tę, która mimo że jest w Azji, stanowi część Zachodu, i w której stacjonują i przez bliżej nieokreślony czas będą stacjonowały wojska amerykańskie.

Tę, w której przed ponad 60 laty międzynarodowa koalicja pod przywództwem USA, ale z mandatem ONZ-etu odparła agresję komunistów z Północy wspieranych przez komunistyczne Chiny i Związek Sowiecki.

Seul i gra mocarstw

Dziś Korea jest ważnym elementem w grze mocarstw. Prezydentowi Donaldowi Trumpowi posłużyła jako pretekst, aby ostrzec Pekin: „Nie ma Obamy, dość ekspansji”. Dla Chińskiej Republiki Ludowej jest użyteczną kozą z żydowskiego szmoncesu, którą trzeba wprowadzić do mieszkania, aby potem ją wyprowadzić w poczuciu powszechnej międzynarodowej ulgi i wdzięczności dla ChRL‑u, że jako jedyna potrafi okiełznać ortodoksów komunizmu z KRLD. Dla Rosji, która jako „czerwona Rosja” wspierała agresję na Seul w latach 50. sprzętem wojskowym, jest z kolei wygodnym pretekstem do kreowania kolejnego problemu dla USA, ale też do domagania się od Korei Południowej swoistego haraczu za mniej lub bardziej pozorowaną neutralność w permanentnym sporze na Półwyspie Koreańskim.

Jestem tu drugi raz, byłem tu aż 15 lat temu. Korea się zmieniła – ale też w jakimś sensie wcale się nie zmieniła. Nadal jest monoetnicznym społeczeństwem, pielęgnującym swoje, historycznie uzasadnione, urazy wobec Japończyków okupantów, cieplej traktującym Chińczyków – też okupantów, ale zdecydowanie mniej okrutnych (skądinąd Korea w czasach świetności też okupowała część Chin – Mandżurię). Narodem ateistów – niemal co drugi Koreańczyk nie wierzy w (żadnego) Boga, za to ze sporym udziałem... szamanistów, praktykujących odwieczne pogańskie obrzędy. Jednak najbardziej ofensywną religią jest w Korei chrześcijaństwo – niemal co trzeci obywatel to wyznawca Chrystusa (katolicy stanowią 10 proc. mieszkańców kraju).

Koreańczycy są społeczeństwem bardzo innowacyjnym, swoistą potęgą gospodarczą – czwartą w Azji. Choć mało kto zdaje sobie sprawę, że przed inwazją komunistyczną na początku lat 50. to komunistyczna Korea, mając bogactwa naturalne i bardziej rozwinięty przemysł, wyraźnie górowała nad zacofanym Południem. Ale potem stało się coś, co w skrócie pokazuje, jak działa „komuna” – ruina gospodarcza KRLD, nędza obywateli, cenzura i obozy pracy przy rozkwicie ekonomicznym i cywilizacyjnym Korei Południowej. Przestrzegałbym jednak przed nasuwającym się łatwym skojarzeniem: oto fatalny komunizm versus cudowny kapitalizm. Komunizm à la KRLD to obraz nędzy i rozpaczy w rzeczy samej, ale rozkwit Południa to nie żaden kapitalistyczny cud z książek Miltona Friedmana, ale kolosalne amerykańskie pieniądze, przekraczające to, co dostała Europa (niecała, niestety) w ramach planu Marshalla. To była geneza tego wielkiego skoku koreańskiego tygrysa.

W cieniu impeachmentu

Jednego dnia obserwuję w Seulu manifestacje obrońców zwierząt, następnego na głównym placu stolicy, tuż obok mojego hotelu, odbywa się demonstracja antyrządowa. Opozycyjna prawica sprytnie zawłaszczyła sobie flagę Korei jako swój symbol. Powiewają zatem sztandary, których tło stanowi biały prostokąt, a na nim znajduje się czerwono-niebieski symbol taijitu, wokół niego zaś cztery czarne trygramy (symbolika zaczerpnięta z filozofii chińskiej). Konserwatyści liżą rany po odsunięciu od władzy pierwszej w historii kraju prezydent kobiety Park Geun-hye. Być może impeachment był zbyt pospieszny, choć jednogłośnie przegłosowany przez trybunał konstytucyjny. Oddalono absurdalne zarzuty współodpowiedzialności za zatonięcie koreańskiego promu. Ale główne pozostały: dopuszczenie najbliższej przyjaciółki do tajemnic państwowych i oddanie jej wielkich, choć całkowicie nieformalnych wpływów, oraz utworzenie fundacji, której zyski miały zasilać prywatne kieszenie.

Zarzuty poważne i pierwszy w historii Korei impeachment stał się faktem. Była pani prezydent, która zresztą na pewien czas trafiła do więzienia, a dziś przychodzi na demonstracje opozycji, to postać tragiczna. Gdy była nastolatką, najpierw w zamachu zginęła jej matka – na oczach przemawiającego na wiecu politycznym męża. Ojciec przyszłej prezydent, niejedyny w tym kraju generał, który z armii poszedł do polityki, najpierw dokończył mowę, a potem dopiero usunięto zwłoki jego żony. Córka przejęła funkcję First Lady. Na krótko. Po kilku latach w kolejnym zamachu zabito jej ojca. Zaopiekował się nią koreański pastor, którego córka stała się jej najbliższą powiernicą – ale z czasem przyczyną upadku Geun-hye. Prezydent kontynuowała tradycję rodzinną i poszła do polityki. Wygrała wybory prezydenckie – tutaj można być głową państwa przez tylko jedną pięcioletnią kadencję – a dziś robi politykę na ulicy.

Rządzi teraz Partia Demokratyczna, czyli lewica. Od opozycji różni ją, m.in. stosunek do komunistów z Północy. Nowy prezydent Moon Jae-in, dziecko rodziny ewakuowanej przez Amerykanów w czasie wojny z komunistyczną Północą, urodził się rok po podpisaniu traktatu pokojowego między KRLD a USA (Korea Południowa nie podpisała go do dziś – co zresztą Pjongjang przedstawia jako przykład ubezwłasnowolnienia „reżimu w Seulu” od „reżimu w Waszyngtonie” i dowód, kto tak naprawdę podejmuje decyzje). Teoretycznie zatem nowy prezydent powinien być sceptyczny wobec komunistycznego sąsiada. Tymczasem w kampanii opowiadał się za dialogiem i krytykował „twardogłową prawicę”. Teraz rządzi, a KRLD jak była wojownicza, tak nią pozostała, także w kwestii broni jądrowej. Cóż, naiwność wobec „komuny” to grzech występujący pod różnymi szerokościami geograficznymi.

W muzeum wojny

Dzień pracy Koreańczyka? To dopiero temat. Zaczyna się zwykle o godz. 9, a dla pracowników niższej rangi w korporacjach typu Samsung – o 8. W samo południe jest obowiązkowy obiad. Potem praca do 17. Potem kolacja – i często jeszcze powrót do firmy. Tu firma zresztą, tak jak w Japonii, jest jak rodzina, stanowi wartość, dla której czymś naturalnym jest się poświęcać.

Jadę do muzeum wojny koreańskiej. Położone jest dokładnie naprzeciwko gmachu resortu obrony narodowej. Jego częścią jest wielki budynek wynajmowany na wesela. A te są w Korei wyjątkowe, na kilkaset osób, a bywa, że i na więcej. Zwyczajem jest przychodzenie na nie w tradycyjnych narodowych strojach. Ale ludzi w takich właśnie koreańskich ubiorach widzi się też właśnie w muzeum wojny koreańskiej i wielu innych. Skąd to się wzięło? To kapitalny pomysł dyrekcji muzeów, aby osoby w strojach narodowych (ludowych) wpuszczać za darmo, bez biletu

Pozostało 51% treści.

Autor: Ryszard Czarnecki

Wykup prenumeratę Powrót

© FORUM S.A