Paryski rekonesans Donalda Trumpa

numer 1776 - 17.07.2017 ▶ Świat

Po szczycie Trójmorza w Warszawie oraz spotkaniu liderów państw grupy G20 w Hamburgu prezydent USA Donald Trump udał się do Paryża na zaproszenie prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Przebieg jego wizyty 13–14 lipca dalece odbiegał od tego, czego się spodziewano.

Gdy ogłoszono, że prezydent Macron zaprosił swojego amerykańskiego odpowiednika, zawrzało od spekulacji. Twierdzono nawet, że francuski lider zrobił to, żeby dopiec Londynowi. Wielka Brytania jest tradycyjnie jednym z pierwszych państw odwiedzanych przez prezydentów USA po ich zaprzysiężeniu. Jednak dotychczas nie udało się zorganizować wizyty Trumpa na Wyspach – obawiano się bowiem masowych protestów.

Prezydent Trump w tegorocznych wyborach prezydenckich we Francji popierał Marine Le Pen, konkurentkę Macrona. Od tego czasu obaj politycy nie szczędzili sobie wzajemnych złośliwości podczas spotkań na arenie międzynarodowej. Ich konflikt, którego przejawami są np. zbyt mocne uściski dłoni, stał się już obiektem żartów. Wiele osób liczyło, że podczas dwustronnej wizyty w Paryżu wzajemna niechęć Trumpa i Macrona spowoduje, że wybuchnie skandal.

Poniekąd tak się stało. Podczas wymiany uścisków dłoni Trump powiedział do pierwszej damy Francji Brigitte Macron, starszej od małżonka o 25 lat, że „nieźle się trzyma”. Nie zabrakło również niezręcznych i agresywnych uścisków czy poklepywań między przywódcami.

A jednak obaj prezydenci w dużej części zapomnieli o dzielącej ich niechęci. Podczas oficjalnych uroczystości sprawiali wrażenie nie polityków o przeciwstawnych poglądach, ale dobrych kolegów, którzy spotkali się nieformalnie. Być może to zbliżenie spowodowane było tym, że Macron w ostatnich tygodniach doświadczył przedsmaku tego, jak to jest być Trumpem. Niegdyś był bożyszczem francuskiego mainstreamu, obawiającego się rządów Le Pen. Kilka niefortunnych wypowiedzi, np. o „cywilizacyjnych problemach Afryki”, sprawiło, że jest powszechnie krytykowany przez poprawne politycznie media i lewicowych polityków.

Być może nagłe zbliżenie Macrona i Trumpa miało wymiar bardziej pragmatyczny. Od jakiegoś czasu mówi się bowiem o osłabieniu sojuszu między USA i Wielką Brytanią. Mają na to mieć wpływ wzrost antyamerykańskich nastrojów na Wyspach, nieudolność rządu Theresy May oraz fakt, że Brytyjczycy wychodzą z Unii Europejskiej. Być może Paryż chce zająć miejsce Londynu jako najlepszy sojusznik Waszyngtonu na zachodzie Europy. Dla USA taki sojusz również byłby opłacalny, osłabiłby bowiem Niemcy.

Drugiego dnia wizyty, 14 lipca, Trump wziął udział w paradzie z okazji Dnia Bastylii. W tym roku po raz pierwszy oprócz francuskich sił zbrojnych brali w niej udział przedstawiciele US Army. Miało to związek z setną rocznicą przystąpienia USA do I wojny światowej. Wzajemne braterstwo broni, sięgające czasów rewolucji amerykańskiej, musiało więc się pojawić w przemówieniu Trumpa.

Dzień Bastylii to także kolejna smutna rocznica. Rok temu Tunezyjczyk Mohamed Lahouaiej Bouhlel zabił w Nicei ciężarówką 86 osób – w tym dwie Polki – i ranił niemal 500 kolejnych. Nic więc dziwnego, że spotkanie zdominował temat walki z islamskim terroryzmem. Trump wielokrotnie krytykował politykę francuskich władz wobec islamistów. Nazwał również Paryż wylęgarnią terrorystów. Tym razem po dawnych zarzutach nie zostało nawet śladu i lud Francji usłyszał, że pod przywództwem Macrona nie ma czego się bać. Obaj przywódcy ogłosili, że ich państwa będą ściśle współpracowały w zwalczaniu terroryzmu.

Szczególnie w Syrii, gdzie USA – czym Trump nie omieszkał się pochwalić – negocjują zawieszenie broni. Francja również bierze udział w uregulowaniu tego konfliktu, chociaż ogranicza się tylko do operacji lotniczych. Na pewno więc będzie chciała mieć wpływ na przebieg negocjacji pokojowych. Jednak pojawia się tutaj jeden poważny problem. Pod koniec czerwca br. Macron stwierdził, że prezydent Syrii Baszar al-Asad powinien po wojnie pozostać na stanowisku, potem kilkakrotnie to potwierdził. Tymczasem USA otwarcie wspierają wymierzoną w Al-Asada opozycję i uważają jego dymisję za warunek konieczny dla zawarcia pokoju.

Autor: Wiktor Młynarz

Powrót

© FORUM S.A