Rezydentom należy się empatia

numer 1850 - 12.10.2017 ▶ Publicystyka

Społeczeństwo Sprawna służba zdrowia to cywilizacyjny standard 



Nie jest prawdą, jak trąbi opozycja, że protesty lekarzy rezydentów zaczęły się teraz. Nabrzmiewały od dawna. Ale ponieważ od dłuższego czasu przyzwyczailiśmy się, że lekarze mają się świetnie, wybuchające raz po raz punktowo protesty rezydentów były zbywane wzruszeniem ramion. Niesłusznie.

Pamiętam kulturalną rozmowę z jednym z krakowskich lekarzy, w której stwierdził: „Odcierpią swoje i za parę lat będzie się im żyło już całkiem dobrze”. Gdy zasugerowałem, że już na starcie rezydentom grożą frustracja, przeciążenie obowiązkami i wejście w logikę niefajnych układzików z firmami farmakologicznymi albo po prostu z Polski wyjadą, grzecznie odpowiedział: „No to już niech się ministerstwo o to martwi”. To mi pomogło zrozumieć, że nawet mityczna zawodowa solidarność lekarzy to o wiele bardziej skomplikowane zjawisko, gdy przyjrzymy się mu bliżej. 

Wyszukaj hasło „rezydenci”

Na początek rzecz, która mogłaby być błahą zawodową opowiastką, gdyby nie to, że dobrze ilustruje większy problem. Przygotowuję się do napisania artykułu o rezydentach, wertuję materiały. Zwyczajowo sięgam po czytnik e-booków. Z książek poświęconych kwestiom społecznym wybieram pozycję Małgorzaty Soleckiej „Służba zdrowia. Jak pokonać chory system”. To bodaj jedyny taki reportaż na polskim rynku pokazujący szerokie spektrum minusów i plusów naszej służby zdrowia napisany przez dziennikarkę, która na tym temacie zjadła zęby. W wyszukiwarce czytnika (zaznaczając, że interesuje mnie treść książki) wbijam w różnych wersjach hasło „rezydenci”. Otrzymuję dwa wyniki. Mało, ale konkretnie. 

Sięgam po kolejnego e-boo­ka. To bestseller „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” Pawła Reszki. Powtarzam procedurę – otrzymuję ponad dwadzieścia wyników. To gorzkie fragmenty, które na różne sposoby pokazują istotne bolączki polskiej służby zdrowia. Jedna rzecz z miejsca niepokoi: problemy rezydentów znacznie częściej pojawiają się w książce, która wprost traktuje o różnorakich przyczynach i objawach lekarskiej znieczulicy, wypalenia zawodowego, problemów zawodowych i osobistych lekarzy, których stereotypowo postrzegamy jako ludzi żyjących dostatnio i bezproblemowo. A prawda o dostatnim życiu lekarzy nie jest taka oczywista. Wiedzą to wszyscy pacjenci i pacjentki, którzy w ciągu swojego życia spotykali zarówno wspaniałych, godnych szacunku i naprawdę profesjonalnych lekarzy, jak i ludzi, których wspomnienie budzi niesmak, lęk albo złość. 

Między przemęczeniem a frustracją

Zerknijmy do książki Małgorzaty Soleckiej. Rezydenci pojawiają się w jej książce w wątku dotyczącym liczby i wieku lekarzy w Polsce. Liczba lekarzy na tysiąc mieszkańców w naszym kraju to 2,2. To najgorszy wynik w całej Europie. A wiek? 49,5 dla lekarza wykonującego zawód i 54,5 dla lekarza specjalisty. Ale w Polsce nagminnie pracują również lekarze na emeryturach. I tutaj cytat, w którym pojawiają się również rezydenci: „Liczy się pieczątka lekarza i wykazanie w dokumentacji NFZ, że szpital spełnia minimalne normy zatrudnienia lekarzy. Bywa, że seniorzy są dowożeni do szpitala czy poradni, siedzą w pokoju socjalnym albo u dyrektora. […] A pracują rezydenci, za dwóch. Lekarze od przynajmniej dekady alarmują, że grozi nam nie tyle luka, co wyrwa pokoleniowa. W niektórych specjalizacjach – na przykład pediatrii – stała się ona już faktem”. Dodam od siebie: ten motyw często się powtarza w trakcie protestów rezydentów: są najtańszą lekarską siłą roboczą. A starsza kadra na różne sposoby nierzadko racjonalizuje sobie ukryty za zmową środowiskowego milczenia wyzysk.

Za drugim razem trafiam w książce Soleckiej na rezydentów, gdy mowa o zarobkach lekarzy. W 2015 r. lekarze po raz pierwszy trafili na szczyt listy zarobkowej na kartach „Diagnozy społecznej” – średnie zarobki netto to 5,5 tys. zł. Okazuje się ponadto, że w ostatnich latach wzrosły o około tysiąc złotych na rękę. Ale autorka słusznie przypomina, że średnia uwzględnia zarówno pensje stażystów, jak i rezydentów, które wahają się między 2 a 3 tys. zł, oraz zarobki nielicznej, ale znakomicie opłacanej lekarskiej elity. Rezydent, który dostaje na rękę 2,6 tys. zł w wielkim mieście, należy po prostu do innego świata niż radioterapeuta, który zarabia miesięcznie 100 tys. zł. Wiele wskazuje na to, że stażyści i rezydenci ostro zbijają średnią w dół – i także stąd ich frustracja.

Starzy i młodzi

A o czym pisze Reszka? Pierwszy fragment – o polskiej psychiatrii: „Są miejsca, gdzie zaraz po stażu dostajesz pacjenta i masz go leczyć. Tylko że pomoc starszych jest taka sobie średnia. Ale są oddziały, gdzie rezydenci nie robią nic. Siedzą, patrzą, robią za skrybę, pisząc wywiady. Ordynator rozmawia z pacjentem, a młodszy lekarz siedzi i pisze. Nie ma nic do powiedzenia, jeżeli chodzi o leczenie”. Drugi fragment opisuje nastawienie lekarza z 30-letnim doświadczeniem do rezydentów, który wspomina własne początki w zawodzie: „Spałem w szpitalu, jadłem w szpitalu. Hierarchia była taka, że byłem szczęśliwy, jak starsi koledzy posłali mnie po wódkę. Nie żebym mógł wypić, ale żebym mógł im postawić. Znosiłem wszystko, bo chciałem operować. No i operuję. Proszę tylko, żeby rezydenci nie wymagali ode mnie współczucia dla swojej trudnej sytuacji. Bo ich sytuacja jest komfortowa w porównaniu z naszą”. 

Z kolei lekarz na stażu stwierdza: „Szpitale biją się o rezydentów, bo mają darmowego pracownika. Muszą płacić tylko za dyżury, więc dostają pracownika za friko na cztery, pięć, sześć lat”. I jeden mocny cytat, również wypowiedź lekarza rezydenta: „Ten system potrzebuje niewolników, czyli stażystów, lekarzy w trakcie specjalizacji, żeby to jakoś funkcjonowało, żeby się nie zawaliło. […] Nawet jeśli mamy światowej sławy profesora, to ktoś musi mu asystować, ktoś musi jego pacjentów przyjąć i opisać. Nie płaci ci za to? Ale przecież płaci ci iluzją, że tu masz prestiż, bo pracujesz w wielkiej klinice”.

Ktoś powie: przemęczenie, frustracja, niezadowolenie z zarobków, perspektywa migracji zarobkowej, choroby, niezrozumienie i niechęć ze strony starszych kolegów i koleżanek po fachu, niespełnione ambicje i rzeczywistość, która wybija z głowy nadzieje na większe czy mniejsze kariery, śmiertelne wypadki przy pracy – to wszystko znamy dobrze z polskiego podwórka. Codzienna, najbanalniejsza historia społeczno-gospodarcza III RP obfituje w takie wypadki. To prawda. Tyle że mówimy o jednym z najbardziej newralgicznych elementów struktury społecznej: polityce zdrowotnej. 

Wiadomo, pieniądze na zdrowie to nie wszystko. Ale dobrze, żeby było ich więcej. Jeszcze lepiej, gdybyśmy wreszcie spostrzegli, że dyskusja o opiece zdrowotnej wymaga solidnej diagnozy dwóch czynników: przemęczenia i przepracowania lekarzy oraz ich odpływu z rodzimego rynku pracy. Komercjalizacja nas przed tym nie uratuje. To banalne, ale potrzeba więcej lepiej płatnych miejsc pracy. Inwestycji nie tyle w szpitalne łóżka, ile w gabinety szkolne, sieć przychodni na prowincji itp. To będzie miało przełożenie na sytuację zawodową lekarzy, pielęgniarek, położnych, ratowników, kierowców karetek. Wypłukany z ludzi system zapadnie się pod własnym ciężarem i my, starzejące się, niezbyt jednak zasobne społeczeństwo, po prostu sobie z tym nie poradzimy. Dlatego nie wolno stygmatyzować i potępiać protestujących rezydentów. Trzeba ich wysłuchać.

Autor: Krzysztof Wołodźko

Powrót

© FORUM S.A