Brama do peruwiańskiej bajki

numer 1851 - 13.10.2017 ▶ Podróże

Mówili, żeby nie wierzyć w bajki. Niby jak? Skoro one naprawdę się dzieją. Gdzie? Ot, choćby tutaj. 700 km na południowy wschód od Limy. W Chivay. W osadzie, nad którą tego wieczoru niebo powoli pokrywa się łuną zachodzącego słońca.

Jeszcze chwila i ciemność zdominuje wszystkie zakamarki tej peruwiańskiej wioski. Próżno doszukiwać się tu jakiejkolwiek latarni czy sklepowych witryn, oświetlających drogę przechodniom. Jest za to coś innego. Lokalny targ.

Po zmroku targ przypomina nieco jedną z tych azjatyckich dzielnic, w których schronienie i społeczny azyl mają poranieni, ścigani przez prawo. Przystaję na chwilę. Warto smakować takie chwile. Zagłębienie się w kilku uliczkach będzie równoznaczne z wejściem w inną rzeczywistość. Nowy świat. Wcale nie lepszy. Raczej ponury, okryty tajemniczą, groźną atmosferą. Ciemna dzielnica, w której przybysz niekoniecznie musi być mile widziany. Ale to przecież lokalny punkt spotkań. Tędy przepływa krwiobieg Chivay. Tu wszystko się zaczyna. I prawdopodobnie wszystko kończy.

– Wrrrruuummmm!

Z lewej strony z warkotem silnika mija mnie mototaksówka. W Azji nazywa się je tuk-tukami – od charakterystycznego odgłosu silnika, jaki wydają. Te motory, a właściwie najczęściej skutery, z charakterystyczną zadaszoną przyczepą z tyłu do przewożenia pasażerów, są najtańszą formą przemieszczania się w Peru. O dziwo, tym razem kierowca nie przystaje, aby zapytać, czy mnie podwieźć. Zastanawiające.

Przemykając po spowitych ciemnością uliczkach targowiska w Chivay, czuję się niczym duch. Okazuje się, że nie tylko ten kierowca mototaksówki mnie nie zauważył. Za chwilę mijam kolejnych ludzi. Tym razem siedzących na krawężnikach, grających w karty, skubiących ryż. Nikt jednak nawet nie spojrzy. Tutaj to rzecz doprawdy niespotykana. Do tej pory pojawienie się białego człowieka na peruwiańskiej prowincji wywoływało społeczne poruszenie. Każdy chciał zaczepić, porozmawiać. Czasem splunąć pod nogi. Tutaj jednak jakbym był niewidzialny. Do dziś, gdy to wspominam, nie wiem, jak to było możliwe.

A tymczasem półmroczna dzielnica zaczyna odkrywać przede mną coraz to nowe oblicza. Coś zaczyna się dziać. Słychać bliżej nieokreślony tumult – potok odzywek, syk pieczonego na ruszcie kurczaka. Wchodzę na teren „peruwiańskiego Chinatown”. Zza oparów grillów pojawiają się nagle twarze przycupniętych na chodniku kobiet opatulonych w grube kolorowe chusty z frędzlami, z jasnymi słomianymi kapeluszami na głowach, spod których wystają sięgające nieraz do pasa czarne warkocze. Siedzący na plastikowych niskich stołeczkach panowie sączą z grubych szklanic pomarańczową maź o konsystencji soku. Zaraz obok czteroosobowa rodzina kończy kolację. Malec niezdarnie usiłuje zagarnąć palcami ostatnią porcję ryżu zmieszanego z resztkami pokrojonego na kawałki kurczaka. Coraz więcej mototaksówek. Ulica zaś staje się coraz węższa. W pewnym momencie trzeba przepuścić panie idące z naprzeciwka, bo dwa motory skutecznie zatarasowały przejście. Pierwsza z kobiet niesie na plecach opatulonego w czerwony koc synka. Chłopiec ma nie więcej niż dwa lata. Już śpi.

Nadal przemieszczam się niczym duch. Nikt mnie nie zaczepia, nie obserwuje, nie nagabuje. Nawet pani z mijanego właśnie straganu z empanadas (słynne południowoamerykańskie pierożki) nie namawia mnie do zakupu. Nie oznacza to wcale, że wokół panuje cisza. Wręcz przeciwnie – zza drzwi obskurnego baru dochodzą głośne i kolorowe dźwięki latynoskiej muzyki. Oprócz puszczanych z ledwo rzężących głośników melodii muzykę ulicy tworzą słyszane w tej chwili okrzyki, śmiechy, nawoływania. To język miasta – prawdziwy i oryginalny.

Z prawej strony znów widzę twarze kobiet okrytych kocami i otulonych ciepłem z ustawionego przed wejściem do pobliskiego domu grilla. To piękne, indiańskie twarze pełne zmarszczek życiowych doświadczeń. W tej chwili wyłaniają się zza gęstego dymu i zdają się uczestniczyć w jakiejś mistycznej scenie.

Nieprzyzwoicie tani kurczak w okolicznym, obskurnym barze. Opary dymu na opalonych twarzach przycupniętych na krawężniku Indianek. I ten niezauważalny późnowieczorny spacer pośród lokalnych mieszkańców. Jakbym obserwował ich zza monitora. Bez żadnego kontaktu. Bez absolutnie jakiejkolwiek interakcji. Tak je zapamiętałem. Peruwiańskie Chivay. Miasteczko, które jest bramą do peruwiańskiej bajki.

Autor: Stefan Czerniecki

Powrót

© FORUM S.A