Pedofile z polecenia, czyli eksperyment doktora Kentlera

numer 1918 - 05.01.2018 ▶ Społeczeństwo

Rok temu na łamach „Codziennej” pisaliśmy o sięgającym lat 70. XX w. eksperymencie doktora Helmuta Kentlera, który polegał na oddawaniu przez Jugendamty nieletnich pod opiekę pedofilów. Proceder ten uznano w tamtym czasie za postęp w dziedzinie tzw. wyemancypowanego wychowania seksualnego i finansowano z publicznych pieniędzy. Do dziś nie ustalono, którzy urzędnicy senatu berlińskiego i Jugendamtu podjęli decyzję o wcieleniu w życie idei Helmuta Kentlera, dokumenty wyparowały z archiwów lub są niedostępne. Kilka dni temu tygodnik „Der Spiegel” opublikował rozmowę z mężczyznami, którzy padli ofiarą Kentlerowskiego eksperymentu. I koszmar znowu odżył.

W wypadku bohaterów reportażu „Spiegla”, nazywanych na potrzeby artykułu Markiem i Svenem, scenariusz był wyjątkowo odrażający. Kiedy Mark w 1989 r. trafił do swojego przybranego ojca Fritza H., miał zaledwie 6 lat, pod koniec 1990 r. dołączył do niego 8-letni Sven. Obaj chłopcy byli wcześniej ofiarami przemocy domowej, dużo wycierpieli we własnych rodzinach, teraz piekło znów otworzyło dla nich podwoje. 

Fritz H. cieszył się rekomendacją dr. Kentlera, od początku lat 70. oddano mu pod opiekę co najmniej pięciu chłopców, dwaj z nich po latach zdecydowali się ujawnić kulisy pedofilskiego eksperymentu. Obaj byli regularnie wykorzystywani przez swojego opiekuna, szantażowani, zastraszani, na ciele do dziś noszą blizny po zadawanych im przez Fritza H. ranach. Kiedy osiągnęli pełnoletność, pedofil przestał się nimi interesować. Nigdy nie zapłacił za swoje winy. 

Twój opiekun jest notowany…

Wszystko zaczęło się w 1969 r. Większość chłopców miała po 13–17 lat, na koncie jakieś młodzieńcze wybryki, alkohol wypity w parku, wagary. Wielu z nich urzędnicy Jugendamtów odebrali rodzicom i umieścili w rodzinach zastępczych. Uciekali, wałęsali się po okolicy, z czasem stali się bezdomni i nikt nie kwapił się specjalnie, by ich z tej sytuacji wyrwać. Pracownicy socjalni nazywali ich trudnymi chłopcami, niejeden z nich się prostytuował, kradł etc. 

Prominentny w tamtym czasie psycholog Helmut Kentler wysnuł teorię, że „towarzystwo tak niesfornych dzieci mógłby znieść wyłącznie osobnik w nich zadurzony”. Za sugestią poszedł konkret. Chłopców umieszczano od tej chwili pod jednym dachem z wielokrotnie notowanymi pedofilami, którzy stali się ich prawnymi opiekunami. Kentler nazwał ten proceder „eksperymentem”, w jego ramach wskazał na początek trzech berlińskich dozorców, notowanych za czyny pedofilskie. Kentler poznał ich podczas wizytacji więzienia Tegel, te kontakty przydały się mu do eksperymentu. To w mieszkaniach owych dozorców urządził za zgodą berlińskiego senatu ośrodki opieki nad nieletnimi. Jak opisywał lata później w książce pt. „Ojcowie zastępczy”, pomysł z pedofilskimi opiekunami nie był jego autorstwa, podobne próby już wcześniej podejmowano w Stanach Zjednoczonych i Holandii. Kentler wizytował berlińskie ośrodki dwa razy w tygodniu, rozmawiał z pedofilami i ich podopiecznymi, doskonale wiedział, co się tam dzieje.

20 lat później Kentler przyznał, że zdawał sobie sprawę z tego, iż „mężczyźni ci robili tyle dla swoich podopiecznych, ponieważ łączyła ich z nimi więź seksualna”. W tamtym czasie (1988 r.), już jako uznany profesor pedagogiki społecznej na Uniwersytecie Technicznym w Hanowerze, Kentler przygotowywał na zlecenie senator ds. młodzieży i sportu ekspertyzę dotyczącą tego, czy osoby homoseksualne mogą być opiekunami nieletnich, w raporcie wspomniał o eksperymencie z pedofilami. To wynurzenie nie spotkało się z żadną reakcją strony zamawiającej. Nikt też nie miał oporów, by prosić o wsparcie kogoś, kto pod koniec lat 60. doradzał organizatorom obozów dla dzieci i młodzieży, by krzewili świadomość seksualną, kwaterując uczestników w koedukacyjnych namiotach, i zadbali zawczasu, by ich podopieczni mieli dostęp do środków antykoncepcyjnych. Organizatorzy posłuchali. Skończyło się na letnim wyjeździe dla 1700 osób od 8. do 23. roku życia, podczas którego pokazywano m.in. filmy pornograficzne. Sprawa otarła się o skandal, ale Kentler nadal działał, głosił swoje teorie i w sumie do końca życia cieszył się sławą eksperta.

Za wiedzą i przyzwoleniem urzędników

Afera z pedofilami po raz pierwszy wyszła na jaw w 2013 r. za sprawą artykułu w tygodniku „Der Spiegel”. Dziennikarze domagali się od senatu Berlina wyjaśnień i zlecenia audytu, który miał przybliżyć kulisy sprawy. Pedofilskie schroniska dla nieletnich zakładane w Berlinie od 1969 r. nie działały poza systemem kontroli Jugendamtów i senatu, ale za ich wiedzą i przyzwoleniem. A ponieważ działały legalnie w ramach obowiązującego systemu opieki nad nieletnimi, były finansowane ze środków publicznych podobnie jak zwykłe rodziny zastępcze. 

Debata na temat procederu sprzed czterech dekad (jak pokazuje przypadek Svena i Marka, trwający w najlepsze do lat 90.), w który była zamieszana rzesza urzędników, psychologów, seksuologów, a zapewne i polityków lokalnego szczebla, rozgorzała na dobre dopiero w 2016 r. Przyparty przez dziennikarzy do muru senat Berlina zlecił socjologom z Uniwersytetu w Getyndze wszczęcie naukowego śledztwa w sprawie. W listopadzie 2016 r. komisja pod kierownictwem dr. Teresy Nentwing zaprezentowała 176-stronicowy raport końcowy. Zdaniem Nentwing sprawa była porażająca, ale nie mniej porażający jest z punktu widzenia dziennikarza czy historyka brak dokumentów, z których można by się dowiedzieć, kto stał za decyzją powierzenia nastolatków pedofilom. Tymczasem najważniejsze dowody wyparowały, a archiwa berlińskich instytucji, których zasoby ­mogłyby znacznie przybliżyć tło wydarzeń sprzed blisko pół wieku, niechętnie dzielą się z naukowcami swoją zawartością. Pod różnymi pretekstami. I w tej kwestii od roku absolutnie nic się nie zmieniło, dokumentów jak nie było, tak nie ma. 

Prominentna siatka pedofilska

Nie wiadomo więc do końca, ilu chłopców poddano eksperymentowi i jakie były ich koleje, na pewno wiadomo o co najmniej trzech wypadkach, ale to zdaniem badaczy wierzchołek góry lodowej

Pozostało 50% treści.

Autor: Olga Doleśniak-Harczuk

Wykup prenumeratę Powrót

© FORUM S.A