Tak się nie uprawia miłości

numer 1924 - 13.01.2018 ▶ Kultura

W czwartek w Warszawskiej Operze Kameralnej zaprezentowano słynną operę komiczną „Il Turco in Italia” (Turek we Włoszech) Gioacchina Rossiniego w reż. Jitki Stokalskiej. A w niej tragicznie zakochani bohaterowie, którzy cierpią zniewagi, i długa lista intryg, którą im napisano. Oraz znakomite wykonawstwo artystów. Stokalska przed spektaklem dowiedziała się, że została nagrodzona srebrnym medalem Gloria Artis.

Il Turco in Italia” to spektakl, jak podkreślają twórcy, trudny, bo komediowy. Jego premiera odbyła się w WOK‑u w 1998 r. Jednak styczniowe wznowienie już przechodzi do historii, bo po raz pierwszy w Polsce opera zabrzmiała w oprawie instrumentów dawnych. I tak widzowie przenieśli się do czasów Gioacchina Rossiniego. Opera powstała w 1814 r., gdy włoski słynny kompozytor miał… 22 lata.

Głównymi bohaterami libretta są tytułowy Turek Selim (popisowa kreacja Artura Jandy), małżeństwo, dziś powiedzielibyśmy w kryzysie: Fiorilla (zachwycająca Aleksandra Olczyk) i Geronio (Sebastian Szumski), oraz wróżka Zaide (Anna Bernacka). Jest też poeta Prosdocimo (Stanislav Kuflyuk) piszący na bieżąco wystawiany spektakl i kochanek Fiorilli, Don Narciso (Aleksander Kunach). Amor zsyła na ich głowy istne miłosne tortury. Fiorilla zakochuje się w Selimie od pierwszego wejrzenia. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie uczyniła tego samego Zaide i gdyby Fiorilla nie miała męża… Sam Selim, będąc pod wrażeniem obu piękności, nie jest w stanie zdecydować się na jedną z kochanek. Do akcji wkracza mąż Fiorilli, ale jego interwencje narażają go raczej na śmieszność. Cóż, biada temu, kto ma kapryśną i niewierną żonę. On jest marionetką, kobiety są zalotnicami, a Selim nie nadąża za swoim instynktem próżnego kochanka. Płomień uczuć goreje, dramat podsycany jest kolejnymi intrygami, udręka staje się nie do wytrzymania. A przecież od wieków wiadomo, że dwie zazdrosne o jednego mężczyznę kobiety są w stanie zrobić więcej wrzawy niż burza na morzu. Jak mówi jednak poeta, finał nie może się mylić. Publiczność ma prawo do zachwytu. Nie tylko z powodu rozstrzygnięcia opowieści.

José Maria Florêncio mistrzowsko prowadził Zespół Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej, soliści wielokrotnie byli nagradzani podczas spektaklu gromkimi brawami. Publiczność reagowała momentami, tak jakby była na koncercie rockowym (czyli tak jak życzy sobie dyrektor artystyczna placówki). Każdy widz wychodził z siedziby WOK‑u z uśmiechem na ustach. Bravo, brava, bravi!



Autor: Sylwia Krasnodębska

Powrót

© FORUM S.A