Gamardżoba, Sakartwelo!

numer 1951 - 14.02.2018 ▶ Publicystyka

Tydzień temu przedstawiłem zarys historycznego kształtu pojęcia „prometeizm” oraz jego stopniowe przekształcanie w twór zwany Trójmorzem, czyli blok polityczno-militarny państw od wybrzeży Adriatyku po Bałtyk na północy i Morze Czarne na wschodzie – stąd w dobie manii skrótów takich jak G8, V4 itp., inna jeszcze nazwa, czyli ABC.

Zestaw państw mogących uczestniczyć w takim ugrupowaniu przedstawia mapka z Portalu Międzymorza Jagiellonia.org, gdzie zrealizowano mój postulat, by rozszerzyć zestaw potencjalnych uczestników o jeszcze jedno Morze – Kaspijskie – nad którym leży Azerbejdżan, zatem najlepszą nazwą byłoby rzeczywiście „Międzymorze” czy z łaciny Intermarium.

Gdzie bogowie przykuli Prometeusza

Widoczny w prawej dolnej części mapki kaukaski zakątek może się wydawać zaskakujący w kontekście sojuszu państw europejskich, ale prawdziwa geografia (nie ta politycznie poprawna, wedle logiki której Izrael bierze udział w sportowych mistrzostwach Europy) twardo stanowi: Gruzja i Azerbejdżan należą do Europy!

Więc jakże nie zacząć przedstawiania współczesnych państw prometejskich od Kaukazu, do którego bogowie przykuli Prometeusza za przyniesienie ludziom ognia wolności? A zatem witamy się najpierw z moją ukochaną Gruzją, która sama siebie nazywa Sakartwelo (Gruzini – Kartweli), starożytni historycy zaś zwali ją Iberią (zachodnia część kraju) i Kolchidą – ziemie nad Morzem Czarnym. Dziś badacze greckich mitów sądzą, że złote runo wykradzione z Kolchidy przez Argonautów było w istocie… sadzonkami winorośli, którą przodkowie Gruzinów, jak wskazują ostatnie odkrycia archeologiczne, uprawiali już 4 tys. lat przed narodzeniem Chrystusa!

Bo też są Gruzini wyjątkiem wśród ludów europejskich, będąc ludnością jednolitą etnicznie i językowo, od samych początków cywilizacji zamieszkującą wciąż te same ziemie! Od IV w. mają też własny piękny alfabet (a w 2015 r. archeolodzy odkryli w odkopanej gruzińskiej świątyni napisy w nieznanym dotąd alfabecie pochodzące aż z XI w. p.n.e.) i tradycję chrześcijańską sięgającą I w., gdy ich przodków chrzcił sam Andrzej Apostoł. Gruzja była też jednym z pierwszych państw na świecie, które chrześcijaństwo uczyniło religią państwową – pod wpływem przybyłej z Kapadocji Świętej Nino dokonał tego król Mirian III w 337 r., a więc w roku śmierci Cesarza Konstantyna Wielkiego, któremu Kościół świętość przyznał za to, że wspaniałomyślnie wstrzymał prześladowania chrześcijan w Bizancjum.

Podobne losy i charaktery narodowe

Ale zostawmy starożytność, bo współczesność jest nie mniej ciekawa, a dla Polski stosunki z Gruzją zaczęły się... ponad 500 lat temu, kiedy w 1491 r. wysłannik króla Konstantyna został przyjęty przez następcę tronu, a wkrótce króla Polski, Jana Olbrachta. Poseł bezskutecznie zabiegał w Europie o pomoc dla swojej ojczyzny rozszarpywanej przez najeźdźców – Turków i Persów. Nie znalazł wsparcia także w Polsce, może dlatego, że parę lat później za tegoż Olbrachta „wyginęła szlachta” podczas próby wsparcia również zagrożonego przez Turków lennika – Mołdawii, co na długo zniechęciło naszych przodków do zagranicznych interwencji w obronie współwyznawców.

Osamotniona Gruzja rozpadła się na mniejsze państewka podbijane to przez Persów, to przez Turków i wreszcie w XVIII w. zwróciła się o ratunek do państwa bratniego ze względu na wyznanie, prawosławnej Rosji, która tak skutecznie udzieliła „bratniej pomocy”, że wkrótce po usunięciu ostatnich gruzińskich legalnych pretendentów do tronu całość odwojowanych od Turków terytoriów Gruzji znalazła się w 1810 r. w granicach Imperium Rosyjskiego.

Potem poszło jak w porozbiorowej Polsce – ponadstuletnia niewola, wyzysk i rusyfikacja, nieudane bunty i powstania. I krótkie odrodzenie w 1918 r. przerwane sowieckim najazdem w 1921 r. i ponownym włączeniem Gruzji w skład imperium – tym razem czerwonego.

Może te podobieństwa losów i charakterów narodowych – dumy i niezależności ducha – powodowały wzajemną, mimo oddalenia, sympatię Polaków i Gruzinów. II RP nie uznała wcielenia Gruzji do Związku Sowieckiego, współdziałając z gruzińskim rządem na wygnaniu w ramach Organizacji Prometeusz i wspierając wszelkie działania zmierzające do odrodzenia suwerennej Gruzji.

Gdy się to wreszcie stało w 1991 r., nasz kraj należał do pierwszych, które to uznały i odtąd stosunki nasze stały się wręcz modelowe. Polska wspiera Gruzję w dążeniu do NATO i EU, a po agresji rosyjskiej w 2008 r. udzieliła jej wszelkiej możliwej pomocy humanitarnej. Najważniejsza była jednak słynna „wyprawa pięciu prezydentów” zorganizowana przez Lecha Kaczyńskiego, który w krytycznym momencie przywiózł głowy państw: Litwy, Ukrainy, Estonii i Łotwy do Tbilisi, co wystraszyło Rosjan i zatrzymało ich ofensywę o czterdzieści kilka kilometrów od gruzińskiej stolicy.

Misza i reset z Rosją

Wdzięczni Gruzini po tragicznej śmierci prezydenta Kaczyńskiego nazwali jego imieniem ulicę w Tbilisi, wystawili mu pomnik, a prezydent Micheil Saakaszwili przyznał mu tytuł Bohatera Gruzji. W Polsce Saakaszwili nadal cieszy się popularnością, lecz we własnym kraju po przegraniu wyborów w 2013 r. wzbudza kontrowersje, a obecne władze wystawiły za nim międzynarodowy list gończy, obwiniając go o wszelkie możliwe i niemożliwe zbrodnie.

Przedtem „Misza” – jak go familiarnie zwą zwolennicy – był przez dwie kadencje twórcą zupełnie nowego oblicza Gruzji, bezlitośnie i, co więcej, skutecznie tępiąc legendarną wręcz korupcję w tym kraju, przyłączając zbuntowaną prowincję Adżaria z ważnymi portami czarnomorskimi, uniezależniając się od energetycznego monopolu Rosji dzięki budowie rurociągu z azerbejdżańską ropą do portu Poti, skąd płynie on do ukraińskiej Odessy i Turcji. Próba odwojowania separatystycznych i zdominowanych przez Rosję republik autonomicznych – Abchazji i Osetii Płd. – zakończyła się rosyjską agresją, a w konsekwencji rozczarowaniem gruzińskiego społeczeństwa wobec władzy.

My powinniśmy to rozumieć – ubiegłoroczne powtórne zwycięstwo partii Gruzińskie Marzenie dziwnie przypomina sukces Platformy Obywatelskiej po katastrofie smoleńskiej, mimo kompletnego blamażu ówczesnej władzy. Wytłumaczenie jest proste – podobnie jak Polacy w 2011 r., mający jeszcze gorsze doświadczenia Gruzini (a jest ich niecałe 4 mln) przelękli się Rosji i woleli powierzyć kierowanie krajem ekipie zapewniającej, że korzystnie zresetuje wszystkie napięcia w stosunkach ze straszliwym sąsiadem. W praktyce oznaczało to wyhamowanie działań na rzecz pełnej suwerenności Gruzji – zaniechanie prób powtórnego przyłączenia zbuntowanych republik, które tymczasem Rosja faktycznie wchłonęła, brak poważnych starań o przyjęcie do NATO, a w polityce wewnętrznej powrót nepotyzmu i monstrualnej korupcji.

Co przyniesie przyszłość?

Gruzińska opinia publiczna jest podzielona – wprawdzie Gruzińskie Marzenie okazało się mrzonką oraz parawanem dla korupcyjnej aktywności jego działaczy, to jednak duża jej część, zwłaszcza – znów podobnie jak u nas – artystyczno-celebrycka, nadal wspiera obecne władze, gdyż nienawidzi zarówno samego Saakaszwilego, jak i jego ugrupowania Zjednoczonego Ruchu Narodowego (dziś głównej partii opozycyjnej) za dorobek dwóch kadencji: likwidację przywilejów różnych „wyjątkowych kast” w sądownictwie, policji, ale i… na wyższych uczelniach pełnych, jak i u nas, wpływowych resortowych dzieci.

Radykalna zmiana w polityce globalnej – napaść Rosji na Ukrainę i w rezultacie jej postępująca izolacja w świecie – spowoduje niewątpliwie zmiany także w Gruzji. Moi tamtejsi przyjaciele twierdzą, że społeczeństwo jest już zmęczone aferami w kręgach władzy i ponownie narastającą korupcją. Czy to oznacza, że władza uaktywni się w kierunku integracji z Zachodem i uniezależni od życzeń Kremla? Czy „Misza” po dość awanturniczym i wciąż niezakończonym ukraińskim epizodzie ma szanse na powrót do kraju i zwycięstwo w kolejnych wyborach? Będziemy śledzili te wydarzenia, choć trzeba powiedzieć, że wszelkie dotychczasowe zmiany polityczne zarówno w Polsce, jak i w Gruzji w niczym nie naruszyły przyjaźni obu narodów, więc może być tylko lepiej!

Na koniec więc rozszyfrujmy do końca tytuł mojego artykułu – „gamardżoba (d)” to pewnie pierwsze gruzińskie słowo przyswajane przez cudzoziemca, gdyż na co dzień używane jest w znaczeniu „dzień dobry”, choć rdzenny sens to: „zwyciężaj!”. Wziąwszy więc pod uwagę i pradawną gruzińską dewizę państwową: „W jedności siła” (Dzala ertobaszia), z nadzieją na nieodległe włączenie Gruzji do NATO i naszego Międzymorza, aż chce się zakrzyknąć: „Zwyciężaj, Gruzjo! ”.

Autor: Jerzy Lubach

Powrót

© FORUM S.A