​Bitcoin i inne szaleństwa (2)

numer 1951 - 14.02.2018 ▶ Gospodarka

MODA NA ZARABIANIE Japońska hossa z lat 80. czy warszawska zwyżka z okresu 1993–1994 to kolejny przykład giełdowych szaleństw, gdy optymizm inwestorów znacznie przewyższał chłodne spojrzenie na sytuację rynkową.

W ubiegłym stuleciu przykładem giełdowego szlaństwa, może niedoskonałym, bo niezwiązanym z żadną gałęzią przemysłu, była zwyżka na tokijskim parkiecie w latach 80. i 90. Powodem euforii była przede wszystkim bardzo dobra ocena japońskiej gospodarki, specyficzna polityka monetarna Banku Japonii związana z obniżaniem poziomu stóp procentowych. Także bardzo mocny jen w relacji do dolara kreował w poczuciu inwestorów coraz lepszy obraz gospodarki na Dalekim Wschodzie. Trudno się temu dziwić, bo pomimo coraz niższych stóp procentowych notowania jena gwałtownie wzrastały. W 1985 r. za dolara płacono ponad 250 jenów, ale w grudniu 1989 r. ponad 100 jenów mniej.

Jednak symbolem zmian, a zarazem skali zjawiska, jakim był japoński boom, była zmiana indeksu Nikkei 225. Jego odczyt z końca 1985 r. to mniej niż 13 tys. pkt. Ale cztery lata później, gdy my nie mieliśmy swojego parkietu (ten zaistniał w kwietniu 1991 r.), indeks przekroczył poziom 38 915 pkt. Był to jego historyczny rekord. Do dzisiaj indeks nie pokonał już tej granicy. Dwa lata później indeks na koniec roku wynosił mniej niż 23 tys. pkt.

Hossa w Warszawie z lat 1993–1994 to coś, co pamięta wielu z nas. Indeks WIG, który tak jak i dziś obejmował wtedy cały parkiet (a WIG20 liczebnie był niewiele mniejszy od WIG‑u), jeszcze w lutym 1993 r. notował odczyt niższy niż 1100 pkt. Od początku marca indeks najpierw powoli wzrastał po 2–3 proc. dziennie, notując co kilka dni lekki spadek.

Potem było już inaczej i od kwietnia wzrosty stały się coraz bardziej znaczące. Od 5 kwietnia 1993 r. do 26 kwietnia indeks wzrósł z poziomu 1300 pkt do ponad 1900, notując dziewięć wzrostowych sesji pod rząd. A wtedy sesje odbywały się tylko trzy razy w tygodniu (poniedziałek, wtorek i czwartek). Po lekkim osłabieniu pod koniec kwietnia maj był czasem prawdziwego boomu. W maju indeks WIG zyskał ponad 105 proc.! Oczywiście inflacja była wtedy większa niż obecnie, ale to w żaden sposób nie tłumaczy takich zmian, bo przecież inflacyjny odczyt za cały 1993 r. wyniósł 35 proc., czyli wyraźnie mniej (z racji narastającego iloczynu) niż 3 proc. miesięcznie. Nie był to jednak koniec boomu giełdowego. Do września, a konkretnie do dnia wyborów parlamentarnych, indeks osiągnął 7 tys. pkt, a ostatnie przedwyborcze dni wskazywały na pewien niepokój. Trudno się temu dziwić, bo sondaże wskazywały na zwycięstwo lewicy, czyli SLD oraz PSL‑u. Wyniki sondażowe potwierdziły się przy urnach. I tuż po wyborach rynek zanurkował, by 27 września zejść do poziomu 5847 pkt. I nie był to wcale koniec warszawskiego giełdowego szaleństwa. Bo kolejne nawet nie dni czy tygodnie, ale miesiące ciągnęły rynek bardzo mocno do góry. Indeks zyskiwał nadal, by pod koniec roku przekroczyć poziom 12 400 pkt.

O skali giełdowego dziwactwa świadczył fakt, że handlowano wtedy nawet w Wigilię, co dziś wydaje się nie do pomyślenia. W nowym 1994 r. rynek wciąż zyskiwał, by dojść w marcu (w Dzień Kobiet) do poziomu 20 760 pkt. Potem było już gorzej, ale tylko nieliczni zauważyli, że coś się dzieje. Giełdowa euforia czy raczej chwilowa stabilizacja trwała do 21 marca, gdy WIG stracił ponad 8 proc., a kolejna sesja (następnego dnia) zmniejszyła portfele inwestorów o kolejne 6 proc. Następne dni to przewaga spadków, a indeks 14 kwietnia spadł do poziomu poniżej 10 tys. pkt. A to oznaczało ponadpięćdziesięcioprocentowy spadek od rekordowego wyniku. Nie był to koniec emocji, bo jeszcze 21 kwietnia indeks poprawił swoje notowania o ponad 15 proc. Jednak kolejne tygodnie likwidowały bardzo mocno wszelkie próby odbicia. I od września indeks ani razu nie przekroczył już 10 tys. pkt. Udało się to dopiero na początku 1996 r.

Autor: Rafał Grodowski

Powrót

© FORUM S.A