Apokalipsy nie stwierdzono

numer 1975 - 14.03.2018 ▶ Publicystyka

Wbrew katastroficznym wizjom liberałów niedziela niehandlowa okazała się wdzięcznym tematem do internetowych żartów i memów, a nie problemem społecznym i gospodarczym. Niedzielne ograniczenie handlu najpewniej przyjmie się w Polsce bez większych problemów.

W niedzielę zjadłem obiad w azjatyckiej knajpce niedaleko Stadionu Narodowego. To jedno z moich ulubionych stołecznych miejsc: smaczne choć niewyszukane dania, przystępne ceny, sympatyczni Azjata i Azjatka przy barze i przy kuchni, w sezonie ogródek z widokiem na zgiełk przy rondzie Waszyngtona, w rogu barowej lady lekko już zmarnowany obrazek z Janem Pawłem II i modlitewną prośbą o rychłą beatyfikację.

W barze nie było tłoczno: jakaś pani wzięła sajgonki na wynos, dwóch nastolatków grzecznie poprosiło o orientalne dania, wysoki trzydziestolatek z miną bywalca miejsc, których trzeba się strzec, zamówił krewetki i golonkę na wynos (kulinarny synkretyzm!). Troszkę się nawet zdziwiłem, że jest tak pusto, bo przecież w związku z zapowiadaną przez liberalnych publicystów apokalipsą (niedziela bez handlu) można się było spodziewać, że przed lokalami z gastronomią ustawią się kolejki niedożywionych zombiaków-warszawiaków. Ale nic takiego się nie stało.

Biznes i konsumenci w nowej sytuacji

No dobrze, ironizuję. Nie zdziwiłem się wcale. Wiele wskazywało na to, że żadnej katastrofy w związku z ograniczeniem handlu nie będzie. I więcej jeszcze, nie będzie żadnej gospodarczej zapaści ani nawet lekkiego tąpnięcia. Zarówno biznes, jak i klienci mieli czas, żeby przystosować się do nowej sytuacji. Dla biznesu oznaczało to przede wszystkim zmianę szeroko rozumianej logistyki handlu – rzecz do zrobienia. Dziś dla gospodarki największym problemem jest zresztą deficyt pracowników i pracownic, ale o tym liberałowie z różnych przyczyn nie chcą głośno mówić.

Na marginesie, biznes w wielu krajach Zachodu od dawna jest przyzwyczajony do znacznego ograniczenia niedzielnego handlu. W krajach o wiele majętniejszych niż Polska, z o wiele dłuższymi kapitalistycznymi tradycjami, prawne ograniczenia w tej materii są oczywistością. Nasi liberałowie są jednak bardziej kapitalistyczni niż zachodni kapitał, a że III RP zbudowano na wyzysku, to bardzo długo nikomu nie przeszkadzały antypracownicze i antyspołeczne standardy. Ale trendy wyraźnie się zmieniają – i dziś dobrze już widać, że ogromna część Polek i Polaków nie ma nic przeciwko niedzielom z ograniczonym handlem.

Znamienny cytat z Forsal.pl:

„W pierwszą niedzielę wolną od handlu w galeriach handlowych były pustki; czynne były jedynie restauracje i kawiarnie, gdzie było niewielu klientów. Z kolei ruch na stacjach benzynowych, mimo pokaźnego asortymentu, był niewiele większy niż wcześniej”. Znaczna część doniesień z mediów tradycyjnych i społecznościowych potwierdza ten obrazek – ludzie przyjęli do wiadomości, że sklepy są pozamykane i sobie z tym poradzili.

Poza tym ustawa o ograniczeniu handlu jest dobrze pomyślana. Ponad 30 wyłączeń (wyjątków od zakazu handlu) to nie jest żadna niedoróbka, ale sensownie przemyślana strategia. Choćby usługi dotyczące komunikacji, zdrowia czy rekreacji wciąż funkcjonują. Dość histeryczne reakcje przeciwników zakazu, odwołujące się do PRL-u czy wydumanej katastrofy ekonomicznej, wskazują, że ludziom tym brakuje naprawdę dobrych argumentów. I jakby zapomnieli, że w pierwszej połowie XXI w. lodówka i zamrażarka to sprzęt będący na wyposażeniu każdego gospodarstwa domowego.

Skąd ta panika opozycji?

Zastanówmy się nieco głębiej, skąd biorą się paniczne głosy opozycji i liberalnych, a nawet liberalno-konserwatywnych publicystów, ostrzegające przed zmianami. W znacznej mierze z obawy, że okaże się… iż nie mieli racji. A właściwie to już się okazuje. Dla opozycji spod znaku PO i Nowoczesnej sukces niedzielnego ograniczenia handlu w Polsce może oznaczać dalsze wykruszanie się ich elektoratu. Ludzie widzą, że opozycja histeryzuje i że jej słowa rozmijają się z rzeczywistością – także w tej kwestii. Opiniotwórczy liberałowie mogą się obawiać podobnego zjawiska – oto tracą rząd dusz, ich doktrynerskie przekonania, że „rynek ma zawsze rację”, na naszych oczach biorą w łeb. Najpierw ich lumpenliberalną opowieścią o Polsce zachwiał program Rodzina 500+. A w ciągu najbliższego roku ograniczenie niedzielnego handlu dodatkowo przyczyni się do zakwestionowania antyspołecznej mitologii.

Wolne niedziele nie są problemem społecznym i gospodarczym, ale szansą na inne sposoby spędzania w te dni czasu. Wydaje się poza tym, że lumpenliberałowie mają bardzo zachowawcze podejście do rynku – i chyba mało wierzą w jego zdolność adaptacji do istniejących warunków. A jest już jasne, że wolna niedziela nie wygasza biznesu, ale po prostu wpływa na zmianę nawyków konsumenckich, czyli m.in. daje szansę nieco innym formom przedsiębiorczości.

Na marginesie, gdyby rządząca partia i Solidarność chciały na przykład walczyć z niedzielnym handlem przez internet, byłbym pierwszym, który podniósłby absurdalność i szkodliwość tego pomysłu. Ale tak się nie stało. Paradoksalnie na zamknięciu galerii handlowych skorzysta mniejszy biznes, także ten oparty na sprzedaży online. Przecież to nie jest tak, że w weekendy ludzie już zupełnie nie będą mieli gdzie wydawać pieniędzy – stąd choćby dla kawiarni, barów czy restauracji to może być niemały zysk.

Muzealnicy, ruszcie głowami!

Przy okazji, przez trzy dekady III RP zapomnieliśmy niemal, co znaczy tętniący życiem rynek czy małomiasteczkowy ryneczek. Chorobliwe zakochanie w galeriach handlowych spowodowało, że centra wielu miast i miasteczek obumarły. To nie tylko handel przeniósł się do hipermarketów i galerii handlowych – tam przeniosło się całe życie społeczne. Daleki jestem od dramatyzowania z tego powodu, ale z drugiej strony bardzo ciekawe jest to, jak niedzielne ograniczenie handlu wpłynie na zmianę obyczajów społecznych, bardzo przecież silnie powiązanych w naszych czasach z konsumpcją.

Jeszcze jedno, zabrakło w ostatnich tygodniach przemyślanej i widocznej strategii placówek kulturalnych. To jest do nadrobienia. Muzea stoją przed niezwykłą szansą, mogą wykorzystać ograniczenia handlu do promocji swoich wystaw, prelekcji, wydarzeń kulturalnych. Z humorem, w żartach, bez tonu wyższości mogą zachęcać zwykłych ludzi: „Nie ma niedzielnego shoppingu, ale u nas też nie będziecie się nudzić”. Słowo „galeria” w naszych czasach kojarzy się niemal wyłącznie z placówką handlową. Ale dla pokolenia moich rodziców, urodzonego w latach 50. XX w., galeria to wciąż miejsce, w którym ogląda się (lub kupuje) obrazy i inne dzieła sztuki.

Miniony weekend okazał się niezłym prognostykiem. Przez wolne niedziele żadnej ekonomicznej i społecznej apokalipsy nie będzie. Przeciwnie, Polska zaczyna być krajem przyjaźniejszym dla zwykłych ludzi. Bo wolność to zbyt cenna rzecz, by zamienić ją w wolnorynkowy fetysz lumpenliberałów. Wolność to wolna niedziela dla zwykłych ludzi – także jako istotne społeczne dobro. 

Autor: Krzysztof Wołodźko

Powrót

© FORUM S.A