Noc, w której Litwa obroniła wolność

numer 2226 - 12.01.2019 ▶ Świat

Litwa obchodzi kolejną rocznicę tragicznych wydarzeń w Wilnie, które nastąpiły u progu litewskiej niepodległości, odzyskiwanej po raz drugi w XX w. W nocy z 12 na 13 stycznia 1991 r. sowieccy komandosi dokonali szturmu na wieżę telewizyjną, próbując zagrozić dopiero co wyswobodzonemu państwu litewskiemu. W wyniku starć zginęło 14 osób, przeszło 700 było rannych.

O wyniku tego starcia zdecydowały zdeterminowane tłumy, które gromadziły się we wszystkich strategicznych miejscach stolicy i większych miastach, by walczyć o wolność. Jednym z najważniejszych punktów był niewątpliwie parlament. „Gazecie Polskiej Codziennie” o tragicznej styczniowej nocy opowiadają świadkowie wydarzeń, które rozegrały się 28 lat temu w budynku Rady Najwyższej.

W Wilnie przebywał wówczas Piotr Hlebowicz, dziennikarz, działacz Autonomicznego Wydziału Wschodniego Solidarności Walczącej. – Wyczuwało się napięcie, jakby lada chwila miało się stać coś strasznego, ale też determinację ludzi – że są gotowi na wszystko. Po prostu panowało jakieś powszechne przekonanie, że trzeba walczyć do końca, cokolwiek się stanie – mówi „Codziennej”. Hlebowicz podkreśla, jak ważne było to, że Litwini nie zostali osamotnieni. – Wielu ludzi przyjechało z innych republik, by wesprzeć ich w walce o niepodległość. Spotykałem Ukraińców, Tatarów krymskich, Gruzinów, Czeczenów, Ormian, Azerów, Estończyków, Łotyszy, a także Polaków, nie tylko z Wilna, ale też z Polski – wspomina dni poprzedzające sowiecki atak.

Nocą 13 stycznia 1991 r. przebywał w parlamencie. – Atak wydawał się bardzo realny, dlatego na dachu zamontowano na sztorc druty, które miały utrudnić desant. Wydano całą broń, która była na stanie. Wielu obrońców parlamentu przyniosło pistolety, strzelby myśliwskie, często sięgające pamięcią jeszcze czasów wojny. Niektóre karabiny nadawałyby się jako eksponaty na wystawę historyczną, widziałem nawet krócice ładowane od przodu, strzelby skałkowe. Pamiętam też mszę św. odprawianą na górnym piętrze parlamentu, podczas której ksiądz udzielił wszystkim absolucji. Wtedy ci ludzie naprawdę byli zdecydowani na śmierć… To są takie chwile w życiu, które pozostają w człowieku do końca – mówi Hlebowicz.

W parlamencie był również Leonardas Vilkas, wówczas litewski działacz opozycyjny, członek Ligi Wolności, obecnie tłumacz, członek Klubu „Gazety Polskiej” w Wilnie. – Nie dostałem do ręki broni, lecz telefon. Moim zadaniem było przekazywanie do Polski informacji o tym, co się u nas dzieje. Siedziałem nieustannie z Piotrem Hlebowiczem przy telefonie, a po drugiej stronie, w Warszawie, w pałacyku Sobańskich w al. Ujazdowskich, ktoś z Solidarności Walczącej odbierał od nas cały czas wiadomości. Relacjonowaliśmy w zasadzie bez przerwy. Parlament opuściłem dopiero po kilku dniach – opowiada o wydarzeniach sprzed 28 lat.

Vilkas podkreśla, że noc, w której sowieckie czołgi zaatakowały obrońców niepodległości Litwy, była momentem przełomowym. – Od dawna powtarzaliśmy w Lidze Wolności, że jeśli tysiące, setki tysięcy ludzi wyjdą na ulice, żądając niepodległości, to Litwa będzie wolna. I rzeczywiście tak się stało. Ludzie wyszli na ulice nie tylko w Wilnie, także w Kownie, Kłajpedzie, w mniejszych miastach również broniono samorządów. To był taki krok, po którym nie można już się było cofnąć, wtedy naprawdę odzyskaliśmy wolność – podsumowuje.

Wydarzenia styczniowej do dzisiaj jednoczą wszystkich mieszkańców Litwy. Co roku w dniu, który przeszedł do historii jako Dzień Obrońców Wolności, rozpalane są ogniska wolności, a symbolem obchodów są noszone w tym czasie niezapominajki.

 

Autorka jest dziennikarką „Kuriera Wileńskiego”, partnera „Codziennej”.

Autor: Ilona Lewandowska

Powrót

© FORUM S.A