USA–Polska–Niemcy: czy w NATO iskrzy?

numer 2251 - 11.02.2019 ▶ Publicystyka

W tym tygodniu odbędą się aż trzy kluczowe z punktu widzenia globalnej polityki międzynarodowej wydarzenia. Trzy miasta w Europie przykują uwagę światowej opinii publicznej: Warszawa, Monachium i Bruksela.

W stolicy Polski 13 i 14 lutego odbędzie się długo zapowiadana i budząca kontrowersje przede wszystkim w Teheranie, ale też w samej UE konferencja na temat Iranu. W stolicy Królestwa Belgii oraz nieformalnej stolicy Unii zbierze się Rada Północnoatlantycka (NAC) z udziałem ministrów obrony państw członkowskich NATO. Z kolei do stolicy Bawarii zawita 55. już Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa.

Trzy konferencje, a najważniejsza ta czwarta

Inicjatywa rządu RP, aby kolejną ważną międzynarodową konferencję (po zeszłorocznym Zgromadzeniu Parlamentarnym NATO w Warszawie oraz szczycie klimatycznym w Katowicach) zorganizować w Polsce, była bardzo dobrym posunięciem. Podkreśla wagę naszego państwa, które staje się ważnym punktem odniesienia nie tylko w gorących debatach wewnątrz UE na temat jej kształtu i przyszłości, ale także w wymiarze szerszym, pozaeuropejskim. Temu też służy słabo zauważony fakt, że Polska jako jeden z pierwszych krajów w Europie uznała tymczasowego prezydenta Wenezueli Juana Guaidó. Dobrze więc – mimo emocji i kontrowersji, które wzbudza – że konferencja ws. Iranu odbędzie się w stolicy Rzeczypospolitej.

Gdyby jednak zapytać mnie, która z tych trzech konferencji jest najważniejsza, odpowiedziałbym, że… ta czwarta. Myślę o jubileuszowym spotkaniu Rady Północnoatlantyckiej w Waszyngtonie, które odbędzie się za półtora miesiąca z okazji 70. rocznicy podpisania traktatu waszyngtońskiego, aktu założycielskiego NATO.

Berlin grymasi z powodu USA

Dlaczego uznaję waszyngtoński szczyt 3 i 4 kwietnia za kluczowy w skali polityki globalnej? Bo w Pakcie Północnoatlantyckim iskrzy. Świadczy o tym opublikowany niedawno przez niemiecką minister obrony Ursulę von der Leyen artykuł: „The World Still Needs NATO”. Niemiecka polityk, jeszcze niedawno typowana przez niektórych jako następczyni Angeli Merkel, tytułem owego tekstu zamieszczonego w „New York Timesie” stwierdziła oczywisty fakt, że „Świat wciąż potrzebuje NATO”. Ale północnoatlantycki diabeł tkwi w szczegółach. Publikacja jednego z najważniejszych polityków koalicyjnego gabinetu RFN nastąpiła bowiem w szczególnym czasie. Była wcześniej zamówioną odpowiedzią na artykuł Juliana E. Barnesa oraz Helene Cooper, który ukazał się cztery dni przed publikacją von der Leyen w tymże „New York Timesie”: „Trump Discussed Pulling U.S. From NATO, Aides Say Amid New Concerns Over Russia”.

Czy rzeczywiście, jak sugeruje ów tytuł, 45. prezydent USA rozważał ze swoimi doradcami opuszczenie przez Stany Zjednoczone Paktu Północnoatlantyckiego? Niezależnie od sugestii (czy insynuacji) czołowego amerykańskiego dziennika, będącego jednocześnie jednym z najsurowszych krytyków obecnej republikańskiej administracji Białego Domu, należy widzieć fakty, że to właśnie Donald Trump potrząsnął europejskimi członkami NATO, domagając się, aby wreszcie zaczęli wypełniać swoje zobowiązania finansowe w kontekście obronności. Chodziło oczywiście o bogatsze państwa starego NATO, które w przeciwieństwie do Polski i krajów bałtyckich były bardzo odległe od wypełnienia limitu 2 proc. PKB przeznaczanych na obronę narodową (Hiszpania 0,93 proc., Włochy 1,15 proc., Niemcy 1,24 proc.).

Czy prezydent USA ściągający cugle krajów członkowskich Paktu przez żądanie, aby poważnie traktowały organizację, w której są i własną obronność, osłabia NATO, czy wręcz przeciwnie? Na to pytanie każdy z Państwa odpowie sobie sam. Minister von der Leyen tłumaczyła się niejako z zarzutu gospodarza Białego Domu co do niskich wydatków Berlina na obronność. Podkreśliła, że obecny budżet obronny RFN jest wyższy aż o 36 proc. w porównaniu z budżetem 2013 r. – i że rokrocznie nakłady Niemiec na politykę obronną rosną. Przypomniała też, że Republika Federalna objęła funkcję tzw. państwa ramowego komponentu lądowego szpicy NATO. Zwracam uwagę, że ów lekki wzrost budżetowego zaangażowania Berlina na obronność nastąpił dwa lata przed pierwszą publiczną krytyką europejskich członków NATO przez Trumpa – kandydata w prawyborach prezydenckich Partii Republikańskiej.

Nie drażnić rosyjskiego niedźwiedzia

Jednocześnie niemiecka minister dyplomatycznie, ale wyraźnie wystąpiła przeciw dogadywaniu się USA z Polską i krajami naszego regionu Europy niejako ponad głowami Niemców. Jej stwierdzenie: „The Alliance is not just about bases and troops”, to krytyka niekonsultowanych z Berlinem negocjacji Waszyngtonu z Warszawą odnośnie do najpierw rotacyjnych, a być może stałych w przyszłości baz amerykańskich w naszym kraju. I oczywiście tradycyjnie niemiecka polityk zezłościła się na Amerykanów za to, że przez tego typu działania i swoistą ekspansję militarną USA może nastąpić złamanie zapisów traktatu NATO–Rosja, którego 22. rocznicę będziemy w tym roku obchodzili. Berlin podnosi, że to eskalowanie napięcia w relacjach z Moskwą utrudni rozwiązanie konfliktu rosyjsko‑ukraińskiego, w co RFN jest zaangażowana wraz z Francją w ramach tzw. formatu normandzkiego. Utrudni to też kontrolę zbrojeń, a także rozmowy na temat nowego traktatu zbrojeniowego. To ostatnie to raczej fikcja, stąd też ani von der Leyen, ani CDU o tym nie mówią, eksponuje to natomiast systematycznie tracący poparcie jej koalicjant – SPD.

Niemcy podkreślają swoją zwiększoną partycypację w działaniach NATO: chodzi nie tylko o wzrost wydatków, ale też o stworzenie decyzją szczytu Paktu Północnoatlantyckiego w lipcu 2018 r. dowództwa logistycznego NATO (JSEC) w Ulm w Badenii-Wirtembergii oraz zaangażowanie wojskowe w Afganistanie. Obiektywnie biorąc, oba te fakty służą Berlinowi jako pretekst do nie nazbyt szybkiego powiększania wydatków na obronność.

Bazy w Polsce nie są alternatywą dla baz w RFN

Z naszego punktu widzenia ważne było, że niemiecka minister obrony stanowczo podkreśliła bezwarunkowy obowiązek państw NATO – także jej kraju – do wypełnienia art. 5 traktatu założycielskiego, mówiącego o solidarności militarnej z krajem członkowskim zaatakowanym przez państwo trzecie. Przypomniała zresztą, że pierwszy raz w dziejach Paktu art. 5 uruchomiono po atakach terrorystycznych na USA z 11 września 2001 r.

Być może Berlin marzy o sytuacji z czasów prezydenta Baracka Obamy, a szczególnie z jego pierwszej kadencji, gdy europejska część NATO nie wzbudzała żadnego zainteresowania Waszyngtonu. To się jednak skończyło. Czy definitywnie? W interesie Polski jest zwiększenie bezpieczeństwa zewnętrznego przez m.in. obecność stałych (i niesymbolicznych!) baz USA u nas i w krajach bałtyckich. Nie musi to być kosztem amerykańskich baz w RFN. Im szybciej Berlin to zrozumie, tym lepiej.

Autor: Ryszard Czarnecki

Powrót

© FORUM S.A