Wara!

numer 2327 - 15.05.2019 ▶ Publicystyka

Kiedy chodziłem do peerelowskiej podstawówki, w okolicach rocznicy wybuchu II wojny światowej nauczyciele opowiadali nam nie o żadnych tam nazistach, o których wtedy nikt nie słyszał, lecz o Niemcach, którzy – jak głosiła słynna pieśń dziadowska – 1 września roku pamiętnego napadli na Polskę z kraju sąsiedniego.

Każdy uczniak znał też na pamięć „Bagnet na broń!”, świetny bojowy wiersz czołowego polskiego poety rewolucyjnego, a przedtem – o czym za komuny głośno się nie mówiło – żołnierza 1. Brygady Legionów Józefa Piłsudskiego i kawalera Orderu Virtuti Militari za wojnę z bolszewikami w 1920 r., Władysława Broniewskiego:

„Kiedy przyjdą podpalić dom, Ten, w którym mieszkasz – Polskę, Kiedy rzucą przed siebie grom, Kiedy runą żelaznym wojskiem

I pod drzwiami staną i nocą Kolbami w drzwi załomocą, Ty, ze snu podnosząc skroń, Stań u drzwi, Bagnet na broń! Trzeba krwi!”

Reprodukowany w ówczesnym podręczniku historii pełen ekspresji plakat z 1939 r. ukazujący żołnierza polskiego uderzającego bagnetem w zakrzywione szponiasto łapsko ze swastyką na rękawie i wielkim czerwonym napisem „WARA!” na pierwszym planie utrwalał w uczniowskich łepetynach jeden z dalszych wersów tego utworu Broniewskiego:

„Za tę dłoń podniesioną nad Polską – kula w łeb!”

Łapy następców übermenschów i przedstawicieli dyktatury proletariatu

No i doczekaliśmy się, że znów podniosły się nad naszym krajem czyjeś brudne, groźnie zakrzywione łapy. Tym razem to niby nie Niemcy ani nawet mityczni naziści, lecz raczej zwyczajni bolszewicy, co do których pozostawaliśmy w błędnym najwyraźniej przekonaniu, że już ich kiedyś ostatecznie pokonaliśmy… Atak rozpoczęli od sponiewierania najświętszych symboli chrześcijańskich w Polsce, w czym nie ma zresztą nic dziwnego! Wszak nasi dwaj okupanci z czasów II wojny światowej, pobratymcy ideowi – niemieccy narodowi socjaliści i rosyjscy komuniści – w pierwszej kolejności mordowali katolickich księży, by następnie móc zamordować naszą wiarę i, bezbronnych już wówczas, poddać nas swojej bezwzględnej władzy.

Wspólnie też likwidowali nasze prawdziwe elity, aby zastępować je potem swoimi nominatami werbowanymi z lumpenproletariatu duchowego, których trzecie już pokolenie chce obecnie w Polsce odwojować „przynależną im” władzę i bezprzykładne przywileje, zachwiane w posadach przez wyraz woli otrzeźwiałego z ideologicznego otumanienia ludu w 2015 r. Owi następcy übermenschów czy też przedstawicieli dyktatury proletariatu dziś czasem sami siebie zwący „najwyższą kastą”, nauczą nas, jak należy właściwie głosować i jak właściwie rozumieć prawdy wiary chrześcijańskiej, np. w kontekście „ubogacenia” o barwy LGBT świętego wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej, tej z wiersza Jana Lechonia: „W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy…”.

Katolicy bezobjawowi

A ci nasi już nawet w Nią nie wierzą, także tacy, co się podają za katolików, jak jakaś partyjna towarzyszka czy to Schetyny, czy Lubnauer, lub innego Biedronia, która w studiu TVP Info objaśniała zdumionym kolegom politykom, że żadnej profanacji wizerunku Maryi nie było, bo ona jako katoliczka nie czuje się urażona. Aż chce się zapytać – a cóż owa paniusia i licznie jej wtórujący dokładnie w tymże duchu tłum katolików bezobjawowych z partii opozycji totalnej wiedzą o podstawach wiary chrześcijańskiej, zwanych dogmatami, których ponoć ta ohydna profanacja bynajmniej nie narusza?

Co najmniej od czasów liberalnego wielbiciela zamordyzmu Katarzyny II, niejakiego Woltera, na którego w obronie tego świętokradztwa powołał się w swoim poznańskim wystąpieniu Donald Tusk, znany katolik humanista, słowa „dogmat”, „dogmatyk” nabrały wyłącznie negatywnego wydźwięku. Dziś także wielu szczerym, lecz niedouczonym wyznawcom Chrystusa, kojarzą się one z czymś niepotrzebnie suchym i sztywnym, nie do pogodzenia z naszym tak elastycznym moralnie światem. Dzieje się tak także dlatego, że sam korab Kościoła zygzakiem sterowany przez Franciszka pośród narastającej burzy nabrał sporo brudnej wody, mocno się przechylił na lewą burtę i coraz mniej wagi przywiązuje do właściwego nauczania, jeśli już nie samych dogmatów, to choćby o nich.

Fałszywi nauczyciele w szatkach obrońców wiary

Weźmy na przykład piekło. Wiara w nie, a więc wiara w możliwość potępienia za popełnione grzechy i przekonanie o realnej osobowej istocie zła, w dzisiejszym Kościele katolickim jest bardzo niepopularna i często pomijana w nauce. A skoro pozbawia się nas podstawowych narzędzi, także narzędzi walki – to jak mamy stawić opór prześladowcom chrześcijaństwa ubierającym się w szatki obrońców wiary, deformowanej rzekomo przez tych z nas z ciemnogrodu, którzy desperacko trzymają się przekonania, że dogmaty wiary zostały ustalone raz na zawsze i obowiązują aż do końca świata?

Czy nasi nowi nauczyciele mogą nas spokojnie przekonywać, że kiedy plują na świętości, to powinniśmy nadstawić drugi policzek? A takich nauczycieli, niestety, po obu stronach sceny politycznej, nie brakuje. Niegdyś królewski błazen Stańczyk (u Wyspiańskiego w „Weselu” – „wielki mąż”!) udowodnił Zygmuntowi Staremu, że w Polsce najwięcej jest pseudolekarzy, bo gdy wyszedł na krakowski rynek z obwiązaną gębą, każdy dawał mu recepty, jak wyleczyć zęby. W PRL z kolei napłodziło się zaś najwięcej nauczycieli, jak w owym popularnym podówczas kawale: Na jakie kategorie dzielą się Polacy? Odpowiedź – na ekshibicjonistów („Ja panu pokażę!”), osoby nieznanego pochodzenia („Pan nie wie, kim ja jestem!”) oraz właśnie tłum nauczycieli („Ja pana nauczę!”).

Przestańmy być letni i leniwi

No i uczą nas nowi nauczyciele wypaczonej wiary, a niektórzy z nas, ci, którzy zbyt wiele wagarowali na lekcji katechizmu, są bezradni w zbijaniu ich argumentów. Tymczasem kiedyś nawet przekupki na bazarze w Bizancjum wiodły gorące, a przede wszystkim kompetentne spory o dogmatach chrystologicznych czy trynitarnym, ustalanych na pierwszych soborach powszechnych. W moim filmie „Teologia na bazarze” dość łatwo ten fenomen udało się wyjaśnić: po prostu, by zyskać godność chrześcijanina, trzeba się było pierwej nieźle nastarać i wiele nauczyć. Zanim katechumen dostąpił sakramentu chrztu, musiał bezbłędnie opanować ustalone raz na zawsze prawdy wiary i zdać z tego trudny egzamin przed srogim duchownym wykładowcą!

Otóż my się lenimy, dzięki czemu nasi przeciwnicy, których wiara w rozliczne zboczenia, uznawane np. za tzw. wartości europejskie, wcale letnia nie jest, bezczelnością potrafią nas zagnać w kozi róg. A ponieważ prawdziwa wiara, choć z rozumu korzysta, to nie na nim się opiera, to nasze racjonalne argumenty łatwo im zakrzyczeć, bo właśnie są zbyt letnie! Nie jestem wielbicielem Pawła Kukiza jako polityka, ale akurat w przypadku sprofanowania obrazu Matki Boskiej jego spontaniczna, gorąca reakcja była bardziej na miejscu niż uładzone kulturalnie nasze głosy w studiach TV: na totalny atak na chrześcijaństwo pod nędznym pozorem „działalności artystycznej” trzeba odpowiedzieć jedynym argumentem, który totalniacy rozumieją, wściekłym okrzykiem autentycznego oburzenia i zaciśnięciem pięści. A jeśli tego będzie mało – dogmat na broń!

Autor: Jerzy Lubach

Powrót

© FORUM S.A