Wielkie finały angielskiej piłki

numer 2327 - 15.05.2019 ▶ Publicystyka

Liverpool i Tottenham zmierzą się w finale Ligi Mistrzów, do którego obie drużyny dostały się w dramatycznych okolicznościach. Oba angielskie kluby wyszarpały awans w ostatnich minutach, tworząc najnowszą historię futbolu.

Kto by się spodziewał, że Barcelona z zaliczką trzech bramek na Camp Nou skompromituje się w rywalizacji ze znacząco osłabionym Liverpoolem? Anglicy zameldowali się na Anfield Road bez najlepszych atakujących, Roberta Firmino i Mohameda Salaha. Z nimi w składzie Liverpool dominował w Barcelonie, ale nie wykorzystał najprostszych szans i poległ 3:0.

Liverpool – wiara w siebie i rezerwowych kluczem do zwycięstwa

Piłka nożna bywa jednak nie tyle przewrotna, co zwariowana. Jedyną osobą na świecie, poważnie wierzącą w sukces, był niemiecki menedżer Jürgen Klopp. Wytrawny taktyk wpłynął na swoich piłkarzy tak, że ci zaczarowali Leo Messiego, swoją bramkę i wprawili cały świat w osłupienie. Szalę zwycięstwa w dwumeczu z Barcą przeważyli rezerwowi: Divock Origi i Georginio Wijnaldum. O ile holenderski pomocnik jest ważnym ogniwem w talii Kloppa, choć przegrywa rywalizację z Fabinho w środku pola, o tyle Origi nie może liczyć na wiele minut w sezonie, jeśli na jego pozycji gra Firmino. A to Origi najpierw przedłużył chwilową nadzieję Liverpoolu na walkę o tytuł mistrzowski, a później zapewnił wraz z Wijnaldumem drugi finał Ligi Mistrzów z rzędu. Trudno mówić o bardziej sensacyjnej, romantycznej historii. Trudno nie pokochać tego zespołu za hart ducha, niesamowitą wiarę i rozklepanie Barcelony. To przecież Katalończycy przeżywali znakomity sezon i to raczej oni byli kojarzeni z wysokimi zwycięstwami – nawet jeśli ich forma była daleka od ideału, zbyt uzależnili się od kunsztu Messiego i dopisywało im szczęście.

Skala porażki Barcy

Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę te czynniki, to nieprzypadkowo naładowany Real Madryt, chcący zażegnać kryzys, otrzymał trzy potężne ciosy w ciągu kilku tygodni od Dumy Katalonii: przegrał 1:5, 0:3 i 0:1. Nie ma mowy o przypadku, gdy zespół prezentuje równą formę pod względem wyników przez niemal cały sezon, bardzo wcześnie triumfuje w najlepszej europejskiej lidze i ma szansę na tryplet, czyli potrójną koronę. A jednak Barcelona wylądowała na dnie. Hiszpańskie media nie zajmują się pożarem w Realu Madryt, który wyczekuje na letnią rewolucję. Messi miał szansę wykorzystać fatalny czas Królewskich, aby powalczyć o najcenniejsze klubowe trofeum. Real zawłaszczył Ligę Mistrzów, wygrał ją trzy razy z rzędu, ustanawiając rekord. Królewscy w przyszłym roku będą znacznie mocniejsi i jeśli chociaż połowa wzmiankowanych nazwisk przywdzieje biały trykot, to Barcelonie będzie jeszcze trudniej niż w tym sezonie. Dlatego kompromitacja w Liverpoolu tak bardzo boli piłkarzy Blaugrany i kibiców. W korespondencyjnym pojedynku, mimo że Real odpadł o dwie fazy wcześniej, to Barcelona wyraźniej się skompromitowała.

Pierwszy raz w historii zobaczyliśmy drużynę, która przegrała dwa razy z rzędu, mając trzy bramki przewagi w zapasie! Najpierw Barca poległa z Romą w sezonie 2017/2018, mimo znakomitego wyniku 4:1 u siebie. Kibice mogli przeżyć déjà vu równo rok później – w koszmarnym stylu bezradny mistrz Hiszpanii dał się zdominować, miał swoje szanse na honorowe trafienie, tak istotne w kontekście awansu. Philippe Coutinho podpisał na siebie wyrok, Leo Messi potwierdził, że nie ma genu przywódcy, dzięki któremu wstrząsnąłby zdruzgotanymi kolegami. A obrona Barcelony zaliczyła najgorszy występ właśnie od czasu blamażu z Romą. Liverpool bezwzględnie wykorzystał niemrawość faworytów i dokonał cudu. W pełni zasłużył na pochwały, na szacunek oraz bilet do Madrytu na finał Champions League.

Tottenham nie pękał i zatrzymał taran z Amsterdamu

Drugi mecz półfinałowy, Ajax–Tottenham, również nie mógł zawieść. Dość powiedzieć, że do 95. min rywalizacji to właśnie holenderski dream team mógł myśleć o awansie. Do przerwy po znakomitych golach de Ligta i Ziyecha prowadził dwoma golami, wszystko wskazywało, że to podopieczni Erika Ten Haga dopiszą jeszcze jeden akapit do niesamowitej historii w 2019 r. Geniusz Lucasa Moury, a może w większym stopniu jego szybkość i spryt, zdecydowały o awansie Anglików. Brazylijski skrzydłowy został wypchnięty z PSG, gdzie nie widziano dla niego miejsca. Ekipa szejków skompromitowała się w 1/8 finału z Manchesterem United, a Lucas był bohaterem półfinału. Jako jeden z nielicznych piłkarzy Tottenhamu wierzył w odrobienie strat. I to Spurs miał paradoksalnie trudniejsze zadanie od Liverpoolu, bo na ujarzmienie genialnych rywali Ajaxu zostało 45 min, a nie 90. Mało kto poradziłby sobie psychicznie w tej sytuacji, ale kolejna wyspiarska drużyna pokazała moc. Nie dziwi, że 2019 r. stoi pod znakiem dwóch angielskich finałów, bo przecież w Lidze Europy Chelsea Londyn zmierzy się z Arsenalem. Trzy kluby ze stolicy i jeden z Liverpoolu będą odgrywały spektakl w Madrycie i Baku. I bardzo trudno wytypować faworytów, przecież w lidze angielskiej jest tak samo. Liverpool będzie podrażniony – otrzymał drugi raz szansę, a mimo genialnego wyniku punktowego w Premier League to Manchester City zdobył tytuł. Dla Kloppa finał Ligi Mistrzów jest jedyną okazją do poważnego tytułu w dotychczasowej pracy na Anfield Road – mimo że miał sporo szans, przeprowadził znakomite transfery i wywindował co najwyżej dobrych piłkarzy na poziom klasy światowej. Tottenham, eliminując Manchester City i Ajax, udowodnił z kolei, że potrafi cierpieć. Sprzyja mu też szczęście, ale temu dopomaga menedżer Mauricio Pochettino. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że i on, i Harry Kane opuszczą klub. Argentyński trener miał na stole konkretną ofertę z Realu Madryt po odejściu Zinedine’a Zidane’a. Jak sam wspomina, to była najtrudniejsza decyzja w jego karierze – odmówić gigantowi i okazać lojalność pracodawcy. „Nie po to Levy mnie zatrudnił, bym odchodził z ważnym kontraktem” – tłumaczył Pochettino. Dzięki temu Tottenham będzie walczył do ostatniej minuty o pierwszy w historii triumf w Champions League.

Wielcy przegrani

Anglicy – z wyjątkiem Manchesteru City i United – są wygranymi sezonu 2018/2019 w Europie. Na koniec warto wspomnieć o potęgach, które nie dotrzymały tempa, oprócz Barcelony. W pierwszej kolejności musimy wskazać na Real Madryt, jednak po tylu wygranych tytułach zrozumiały jest brak głodu zwycięstw. City zainwestowało ponad miliard euro w nowych graczy, ale Pep Guardiola wykręca niesamowite wyniki tylko na krajowym podwórku. Podobnie było w czasie etapu pracy z Bayernem Monachium i Robertem Lewandowskim. PSG w dramatycznych okolicznościach odpadło po rzucie karnym Manchesteru United w 1/8 finału i wydaje się, że duet Neymar-Mbappé prędzej lub później opuści paryski klub. Frustracja w drużynie jest spora, bo PSG po drodze zgubiło mnóstwo punktów w lidze francuskiej i przegrało w pucharze kraju z o wiele słabszym Rennes. Nie możemy zapominać o Bayernie Monachium, który liczył na Roberta Lewandowskiego. Polak był nie do zatrzymania w fazie grupowej, strzelił aż 8 goli. W starciu z Liverpoolem był jednak doskonale kryty, a w dodatku – jak co roku – nie miał wsparcia kolegów. Arjen Robben i Franck Ribéry odchodzą powoli na emeryturę, pewne jest odmłodzenie drużyny. Podstarzały Bayern nie miał prawa osiągnąć wiele w tej edycji Ligi Mistrzów. Niespodziewanie odpadł również Juventus Turyn w ćwierćfinale, nie dając rady Ajaxowi. A przecież kilka tygodni wcześniej Cristiano Ronaldo zachwycił kibiców hat-trickiem w meczu z Atlético Madryt. Sam Ronaldo nic nie mógł zdziałać, trafił dwukrotnie do siatki Holendrów, ale mistrz Włoch zagrał fatalnie i zasłużenie odpadł z turnieju. Mistrzostwo Włoch mało kogo cieszy w Turynie – nie po to rodzina Agnellich sprowadziła Ronaldo za 100 mln euro i zakontraktowała go na ponad 20 mln euro za sezon, by ponownie przeżywać niepowodzenia. W pełni zadowoleni z występów swoich graczy mogą być de facto kibice trzech drużyn: Ajaxu, Liverpoolu i Tottenhamu. Amsterdamczycy – co przyznał nawet Christian Eriksen, pomocnik Spurs – zasłużyli na grę o puchar mistrzów. Dlatego ustawiam ich świadomie w pierwszej kolejności. Szkoda tylko, że zespół, który rzucił na kolana Real i Juventus, nie zagra w tym samym składzie w przyszłym sezonie.

Autor: Grzegorz Wszołek

Powrót

© FORUM S.A