Rosjanie hakują fakty i rozum przeciwnika

numer 2327 - 15.05.2019 ▶ Świat

W kremlowskim postrzeganiu świata wszystkie państwa znajdujące się poza strefą wpływów Moskwy są potencjalnymi członkami Sojuszu Atlantyckiego, zatem finalnym celem wszelkich działań dezinformacyjnych są osłabienie solidarności państw europejskich oraz rozbicie ich transatlantyckich powiązań z USA. Każdy chwyt i każdy temat jest dozwolony, jeśli powoduje mętlik w głowach i polityczny chaos.

Według raportu przygotowanego przez amerykańską firmę SafeGuard Cyber, zajmującą się cyberbezpieczeństwem, aż 241 mln Europejczyków jest wystawionych na działanie rosyjskiej propagandy w internecie. Czy zaprezentowano w nim kwestie związane z Polską?

Polska również cieszy się „opieką” rosyjskich dezinformatorów. Oskarża się nas przede wszystkim o agresywne zachowanie wobec Moskwy, żądania terytorialne i marzenia o wchłonięciu przez Polskę – oczywiście z pomocą NATO – Białorusi i co najmniej części Ukrainy. Przykładowo, 20 lutego br. w programie radia Sputnik w języku białoruskim podano, że gdyby Rosjanie nie zajęli Krymu, to Amerykanie umieściliby na półwyspie swoje wyrzutnie rakietowe i pod ich osłoną Polacy zajęliby zbrojnie Białoruś. Stałym elementem jest straszenie nowymi rodzajami uzbrojenia, a przede wszystkim pociskami balistycznymi, których żaden patriot nie zniszczy. Ostatnio modnym tematem jest rozbudzanie wszelkimi kanałami obaw przed bankructwem Polski i Polaków wskutek amerykańskiej ustawy 447.

W raporcie wskazano, że do osiągnięcia swoich celów dezinformacyjnych Rosjanie aktywnie wykorzystują media społecznościowe. Kiedy Moskwa uznała, że może to być skuteczna broń w pogłębianiu różnic w społeczeństwie i wpływaniu na wynik wyborczy?

Jeszcze w sowieckich czasach generał Oleg Kaługin, szef kontrwywiadu w Pierwszym Zarządzie Głównym KGB, powtarzał, że sianie zamętu i niezgody w obozie przeciwnika to „serce i dusza” rosyjskich służb wywiadu zagranicznego. W pierwszej dekadzie XXI w. uznano, że dywersja informacyjna jest wygodniejsza niż informatyczna, bowiem nie wymaga przełamywania firewalli i ryzykownego hakowania infrastruktury sieciowej. Wystarczy umiejętne zhakowanie faktów oraz praktycznie bezbronnych, instytucjonalnie w żaden sposób niechronionych, mózgów przeciwnika. Fabryka trolli z Petersburga wiosną 2014 r. rozpoczęła przygotowania do dezinformacyjnej „obsługi” amerykańskich wyborów prezydenckich wyznaczonych na 2016 r. Opracowano wówczas strategię, na podstawie fałszywych dokumentów założono konta bankowe, przygotowano falsyfikaty dokumentów, na podstawie których rozpowszechniano później plotki i insynuacje podważające wiarygodność kandydatów oraz ogólnie uczciwość amerykańskiego systemu wyborczego. Widocznie uznano, że spodziewane efekty są zachęcające, bowiem wiosną 2016 r. szef rosyjskiego sztabu generalnego Walerij Gierasimow zwracał uwagę na znaczenie „wykorzystania globalnej sieci internetu dla wywierania potężnego, ukierunkowanego wpływu na świadomość obywateli państw wytypowanych jako cel agresji”.

Czy działania podejmowane m.in. przez Facebooka dotyczące blokowania bądź usuwania kont wykorzystywanych do działań dezinformacyjnych są wystarczające?

Usuwanie i blokowanie to w pewnym sensie walka z wiatrakami z uwagi na możliwości techniczne. Na razie nawet najlepsze algorytmy cenzorskie analizujące treści można ominąć. Moje prywatne doświadczenie z czasów komuny nauczyło mnie, że „żywego, ludzkiego” cenzora można ominąć, a co dopiero robota. Z jednej strony usuwanie dezinformacji naraża medium społecznościowe na zarzuty: ograniczania swobody wypowiedzi, brutalnej cenzury, naruszania praw obywatelskich itp. Z drugiej strony nawet marne sito odsiewa część dezinformacji. Inaczej bylibyśmy zanurzeni po szyję w szambie kłamstwa, a tak tkwimy tylko po kolana.

 

Powrót

© FORUM S.A