Ostatnia bitwa Indian

numer 2376 - 12.07.2019 ▶ Podróże

Spacerujemy powoli po niewielkim cmentarzyku. Większość grobów zdobią drewniane krzyże. Leżą tu wszyscy. I Indianie, i amerykańscy żołnierze. Także ludzie, którzy odeszli z tego świata już kilkadziesiąt lat po słynnej masakrze nad potokiem Wounded Knee.

Na skutek przypadkowego strzału z winchestera, należącego do Indianina, który nie chciał oddać broni przeszukującym go żołnierzom, nastąpiła ostra wymiana ognia. W kilka minut zginęli niemal wszyscy Indianie, także uciekające z pola walki kobiety i dzieci.

Masakra z 1890 r. pod Woun-

ded Knee była ostatnią słynną walką Indian z białymi. Po tej tragedii kultura Dakotów i Siuksów zaczęła systematycznie gasnąć. Jej ślady można odnaleźć na miejscowym cmentarzu. Część grobów to pokryte darnią niewielkie kopczyki. Część stanowią kamienne płyty. Widać, że te drugie to współczesne groby.

W tej części znajduje się np. grób młodego Indianina, potomka plemienia Dakotów, Lawrence’a „Bud

dy’ego” La Monte. Zastrzelonego w 1973 r. przez agenta federalnego. Mord był pokłosiem polityczno-obywatelskiego ruchu, nazwanego Amerykańskim Ruchem Indian (American Indian Movement, w skrócie AIM), który założyli w 1968 r. potomkowie rdzennych mieszkańców tych ziem. Członkowie AIM rościli sobie prawo do miejsc, w których przed laty żyli ich pradziadowie. Swój protest wyrażali m.in. poprzez przetrzymywanie zakładników w miasteczku Oglala Lakota County w Południowej Dakocie. Z kolei w latach 1969–1971 w ramach protestu okupowali wyspę Alcatraz u wybrzeży San Francisco, twierdząc, że mają do niej prawo na mocy traktatu przyznającego im niewykorzystane ziemie federalne. W końcu w 1973 r. podjęli dramatyczną okupację cmentarza pod Wounded Knee.

Na grobie zabitego w wyniku strzelaniny członka AIM znajduje się wygrawerowana scena. Przedstawia dwóch żegnających się ze sobą Indian: ojca i syna. Pod grafiką widnieje podpis w języku angielskim: „Although he went away traveling alone we’ll meet one day at our final home” („Mimo że odszedł w samotną podróż, spotkamy się kiedyś w naszym przyszłym domu”). Nieopodal znajduje się nagrobek kobiety o imieniu Zaginiony Ptak. Była jednym z niemowląt, które cudem ocalały z masakry pod Wounded Knee i została adoptowana przez generała Leonarda Colby’ego.

Co się stało z ofiarami masakry pod Wounded Knee? Złożono je w mogile zbiorowej bez honorów, bez modlitwy, bez godnego pochówku. Niektórym zamordowanym zabrano nawet ubranie. Na pamiątkę. Dopiero po latach w miejscu ich zbiorowej mogiły postawiono pomnik. Stoi do dziś. Pionowa kolumna z białego kamienia. Na ścianach wygrawerowane nazwiska tych, których imiona znano. Jest więc wódz Wielka Stopa. Jego imię widać na samej górze. Dalej Długi Byk, Biały Amerykanin, Duchowy Koń, Straszący Niedźwiedzia, Zraniona Dłoń, Czerwona Ryba…

Będąc w tym miejscu, nie sposób nie myśleć o nich wszystkich. O lęku, z którym kładli się spać pamiętnej nocy z 28 na 29 grudnia 1890 r. Natura też chyba wspomina razem z nami, ponieważ wszystko wokół tworzy mistyczny pejzaż skłaniający do chwili zamyślenia, do modlitwy za zabitych.

Zza czerwonego horyzontu nad potok Wounded Knee nadciągają ciemne chmury. Spomiędzy nich przedostają się jeszcze promienie zachodzącego słońca. Po chwili o liście drzew rozbijają się wielkie krople. Deszcz przywędrował, by skropić to miejsce, by je oczyścić.

Przy wejściu na teren cmentarza stoi zaparkowany biały pick-up. Gdy zbliżamy się do furtki, z auta wychyla się głowa mężczyzny o ciemnej karnacji. Kruczoczarne włosy, charakterystyczne zmarszczki na czole, czujny wzrok. To potomek tych, którzy tutaj zginęli. Indianin. Pilnuje miejsca wiecznego spoczynku swoich przodków. Chce wiedzieć, w jakim celu tu przychodzimy. Także dziś Indianie potrafią mieć wrogów w społeczeństwie.

Mężczyzna nic nie mówi, tylko obserwuje. Bardzo wnikliwie i ostrożnie. Nieufnie. Utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że to rzeczywiście potomek dumnego rodu Dakotów. Nie trzeba mieć wyjątkowo bujnej wyobraźni, aby uzmysłowić sobie, jak zachowywali się jego pradziadowie – byli milczący, dumni, waleczni, odnoszący się z olbrzymią rezerwą i nieufni. Tak jak ten indiański strażnik. Spokojnie, nie zamierzmy bratać się na siłę. Jedynie grzecznie się kłaniamy. Pan też skinął głową w ledwo zauważalny sposób, jest przecież na posterunku.

Autor: Stefan Czerniecki

Powrót

© FORUM S.A