Jezus Maria, na pomoc!

numer 2376 - 12.07.2019 ▶ Publicystyka

Ów tytułowy okrzyk słychać kilkakrotnie w jednym z najlepszych wieczorów Kabaretu Starszych Panów, zatytułowanym „Niespodziewany koniec lata”. Dwaj przyjaciele trafiają do nieco podejrzanego pensjonatu z nadzieją wakacyjnego wypoczynku, lecz uniemożliwia im to… fala uchodźców! W dodatku w głębi budynku po rozbrzmieniu kilku początkowych taktów organowej fugi Bacha nieznany osobnik rozdzierającym głosem wzywa pomocy Matki i Syna.

W tym inteligenckim serialu, który zaprawdę zasługuje na nadużywane dziś miano „kultowego”, wszystko było na wesoło, aczkolwiek, jak to za komuny, był to humor smutkiem podszyty, by nie rzec – czasem wisielczy. Sam fakt wszakże pojawiania się w siermiężnej peerelowskiej TVP takich pereł wykwintnego dowcipu, przepełnionych błyskotliwymi grami słownymi tekstów Jeremiego Przybory, inkrustowanych równie co Bachowa piękną i wieczną muzyką Jerzego Wasowskiego, dawał nadzieję, że jednak choć część dziedzictwa zmasakrowanej przez dwa totalitaryzmy polskiej kultury przetrwała. I kiedyś – jak dobrze pójdzie

– posłuży uwolnionemu wreszcie z opresji komuny narodowi do odbudowania jego kultury, także w sferze rozrywki.

Choroba wstydliwa przepustką

na salony będąca

Dziś widać gołym okiem, że w wielkim stopniu były to nadzieje płonne, gdyż wyrafinowany intelektualnie kabaret dobrze wychowanych Starszych Panów zastąpiły w Polsce hordy prymitywnych szyderców, a czołowi artyści z różnych dziedzin z aktorami alias komediantami na czele minioną lub rzekomą sławę zamieniają na uznanie „salonowego” chamstwa poprzez nieustanne plucie na rdzennie polskie wartości. Jezus Maria, na pomoc!

To choroba wstydliwa, jak się niegdyś mówiło o syfilisie, choroba nabyta w wyniku brzydkiej rozpusty, która nagle stała się publicznie uznawaną przepustką na polskie i światowe „salony”. A kto chorować na własne życzenie nie chce, a co gorsza, próbuje przed zarazą ostrzegać, właśnie chorym zostaje okrzyknięty – a to „fizjologicznym antykomunistą”, a to „homofobem”, a to „ksenofobem”. Fobia – to lęk przed czymś, często łączący się z obrzydzeniem. Ja tam się ani komuny, ani ludzi nie obawiam, choć faktycznie co poniektórzy obrzydzenie wywołują, więc dla precyzji wywodu zacznę od poprawienia owych fałszywych określeń.

No bo co to znaczy „homofob”? Lękający się człowieka? A nie – tak lobby pederastyczne sprytnie określa każdego, kto jego zboczone plany społeczne kwestionuje, a już nie daj Boże postęp zwalcza. Tymczasem „Słownik języka polskiego” Kryńskiego i Niedźwiedzkiego z 1908 r., objaśniając termin „pederastia” jako spółkowanie mężczyzny z mężczyzną, podaje też zręczne polskie określenie – „samcołóstwo”. Idąc tym tropem, proponuję określenie „homofob”, od razu negatywnie cechujące tak nim określonego, zastąpić moim wynalazkiem zgodnym z duchem języka ojczystego i stylem Starszych Panów. Otóż mogę się z czystym sumieniem uznać za kogoś, kogo publiczne prezentowanie odrażających zachowań wynikających ze zboczenia po prostu mierzi i brzydzi. Gotów zatem jestem z własnej i nieprzymuszonej woli przyjąć miano „pedozbrzyda”, który na widok tej sodomki z gomorką słusznie wzywa wsparcia Niebios: Jezus Maria, na pomoc!

Wesołków marsz od prowokacji

do terroru

Bo tylko się wydaje, że te żartobliwe formy typu „sodomka” pasują do tego zjawiska, w istocie zaś mowa o zagrożeniu jak najbardziej poważnym, i to narastającym. Jeszcze kilkanaście lat temu wszelkie „wesołki” (gay – jak się sami nazwali, by unikać wówczas jeszcze niezbyt popularnego określenia „homoseksualista”) zajmowały się tylko prowokowaniem zacofanych normalsów, dziś za brak entuzjazmu dla prezentowanej podczas „parad dumy” zgnilizny wyrażony słownie lub czynnie można w wielu krajach nader postępowej Europy po prostu trafić do więzienia na podstawie stosownych paragrafów, a już co najmniej stracić prestiżowe stanowisko, zwłaszcza w wylęgarniach i ideowym zapleczu Sodomy – uniwersytetach – co spotkało ostatnio wybitnego konserwatywnego filozofa brytyjskiego Rogera Scrutona. Jezus Maria, na pomoc!

Prezes Kaczyński słusznie prawił o tym, że musimy Polskę od tej brudnej fali uderzeniowej zachować jako wyspę wolności i symboliczne w tym względzie jest uhonorowanie sponiewieranego we własnej ojczyźnie Scrutona właśnie w Polsce. 4 czerwca, gdy totalniacka opozycja świętowała w „wolnym mieście” Gdańsku rocznicę podpisania z komuną cyrografu w 1989 r., prezydent RP Andrzej Duda odznaczył Brytyjczyka Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej „w uznaniu wybitnych zasług w działalności na rzecz wspierania przemian demokratycznych w Polsce, za rozwijanie polsko-brytyjskiej współpracy naukowej i uczelnianej”.

Wierność idei, co z życia i historii narodu wyrasta

Prezydent przypomniał w swoim przemówieniu słynny esej Scrutona z 1979 r. „Czym jest konserwatyzm”, stwierdzając, że filozof dał w nim „swoją receptę na to, w jaki sposób powinna być realizowana polityka i do czego dążymy”, pisząc o „konieczności odejścia od ideologii na rzecz idei. Idei rozumianej jako coś, co wyrasta z życia i z historii narodu, społeczeństwa i państwa”. Andrzej Duda mocno podkreślił zasługi myśli konserwatywnej Scrutona: „Nie mam żadnych wątpliwości, że to właśnie idee głoszone przez pana profesora także przyczyniły się do wzrostu tej odwagi w polskim społeczeństwie, aby to uczynić”.

Dziękując prezydentowi, sir Roger wyrzekł ważkie słowa: „Komunizm skończył się dzięki wierze i patriotyzmowi polskiego narodu. Jestem zaszczycony, że mogłem odegrać w tym skromną rolę”.

Tej wiary i patriotyzmu, które w latach 80. ubiegłego wieku wybuchły solidarnościową rewolucją godności – bo nie o kiełbasę walczyliśmy wtedy – dziś nam potrzeba może nawet jeszcze bardziej niż wówczas, bo niby zrzucone jarzmo ideologii komunistycznej coraz nachalniej usiłują nam na nowo zarzucić na ramiona w wydaniu politpoprawności „dzieci Marksa i Coca Coli”.

Na ostatnich paryskich występach trupy wesołków otwarcie już zaprezentowano na banerach wielce radosny program poprawiania świata przez eliminację nas, ponuraków: „Nie jesteśmy dla dekoracji, jesteśmy po to, by zniszczyć waszą społeczność!”. Jezus Maria, na…

A tu się nagle rozległo ze zirytowanych tym labidzeniem Niebios: A ZRÓBCIEŻ Z TYM PORZĄDEK SAMI!

Autor: Jerzy Lubach

Powrót

© FORUM S.A