Wszystkie koszmary Grzegorza Schetyny

numer 2376 - 12.07.2019 ▶ Publicystyka

Jakie realne pole manewru politycznego ma opozycja? Co zrobi PSL? Czy Donald Tusk stanowi wartość dodaną dla opozycji?



Prawo i Sprawiedliwość wygra te wybory. Niezależnie od tego, czy będzie jedna wielka lista opozycyjna. PiS wygra i bardziej zasadne jest pytanie, czy po wyborach nie będzie to czasem większość konstytucyjna. Do października teoretycznie może się jeszcze wiele zdarzyć, ale żadne afery bądź aferki, żaden planowany film Vegi nie są w stanie PiS zagrozić – mówi Eugeniusz Kłopotek, poseł Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Ten smutny dla totalnej opozycji stan nastrojów wydaje się jak najbardziej uzasadniony. Poseł Kłopotek w swojej diagnozie zapomniał co prawda dodać, że główną przyczyną wygranej PiS w wyborach do Parlamentu Europejskiego jest fakt, że Zjednoczona Prawica po prostu dobrze rządzi, ale rzeczywiście ze znaną sobie szczerością zilustrował stan gry na cztery miesiące przed najważniejszymi od dziesięcioleci wyborami parlamentarnymi, a w szczególności rozmiary dezorientacji i programowego wyjałowienia w szeregach postkomunistów.

Razem czy osobno?

Oto jest pytanie, które zajmuje najbardziej polityków opozycji. Grzegorzowi Schetynie wydawało się, że sięga po sprawdzone wzorce, gdy z sukcesem udało się mu odtworzyć koalicję nocnej zmiany z czasu obalenia rządu Jana Olszewskiego. W istocie zasadniczy podział w polskiej polityce od tamtego czasu nie uległ zmianie. Dzieli on polityków na obrońców postkomunistycznego ładu, w którym rządzić, a nawet posiadać znaczniejszą własność mogą wyłącznie osoby wyselekcjonowane przez generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego oraz dopuszczone przy Okrągłym Stole do kręgu władzy. W tym sensie organizacyjny dylemat o kształt wyborczych koalicji po stronie obozu postkomunistycznego ma jedynie charakter taktyczny.

Z jednej strony odtworzenie Koalicji Europejskiej kusi metodą przeliczania wyborczych głosów premiującą duże ugrupowania, z drugiej – taka właśnie koalicja dopiero co boleśnie przegrała w najtrudniejszej dla wspólnego przeciwnika elekcji do PE. Na dodatek ostry skręt w radykalną lewicowość powoduje ogromne straty w konserwatywnym, zwłaszcza wiejskim elektoracie, co oznacza polityczny wyrok śmierci dla PSL.

Co zrobi partia agrarna?

Liderzy ludowców zdają już sobie sprawę z rozmiarów katastrofalnego błędu, jakim było przystąpienie do koalicji z Grzegorzem Schetyną. Przez dziesięciolecia PSL miało mniej więcej tyle wspólnego z obroną interesu chłopów, ile PZPR z obroną robotników, faktycznie reprezentujące małomiasteczkowy i wiejski aparat urzędniczy oraz lokalne kliki. Tyle że lokalni działacze muszą codziennie patrzeć w oczy swoim sąsiadom, pójść do sklepu, a w niedzielę – do kościoła. Dla nich mówienie o wierzących jako o „świni w błocie”, profanacja wizerunku Matki Bożej czy żeńskie narządy płciowe na patyku pozostają poza zakresem jakiejkolwiek akceptacji, nawet za cenę utraty dostępu do konfitur władzy, bo w lokalnym świecie skazują na infamię.

Ale mleko już się rozlało. Władysław Kosiniak-Kamysz nie miał dość charakteru, by wyjść z sali podczas przemowy „przedskoczka” Donalda Tuska, a szyld PSL raczej oznacza w lokalnych środowiskach kłopoty niż sukces. Stąd więc próby utworzenia Koalicji Polskiej (a więc ukrycia własnego szyldu), złożonej z resztek po partii ludowców i dokooptowanych rozbitków politycznych bez żadnego zaplecza w rodzaju Bogdana Zdrojewskiego czy Jacka Protasiewicza. Jeżeli ta próba „rzucenia ludowców na odcinek konserwatywny” nie przyniesie oczekiwanych owoców w postaci odebrania Zjednoczonej Prawicy chociaż niewielkiej części głosów, można zakładać, że po okresie harców pokazujących rzekome przywiązanie do tradycji, wiary i Wincentego Witosa, PSL karnie powróci w szeregi zglajchszaltowanych postkomunistów, by tam odgrywać rolę „konserwatywnej kotwicy”.

Propaganda już nie działa

Wyniki wyborów europejskich dowiodły jednak, że formuła „wszyscy przeciwko PiS” już się nie sprawdza, mimo blisko 30 lat przemyślanej i konsekwentnej propagandy, nazwanej przemysłem pogardy, przedstawiającej braci Kaczyńskich jako „kurdupli”, „oszołomów” i niemal „faszystów”, a ich wyborców jako „moherów” – w odróżnieniu od pełnego miłości salonu, w którym siedzi nowa arystokracja PRL bis na czele z baronessą de la PKWN, z namaszczeniem uczącą sprowadzonych do roli pańszczyźnianych chłopów Polaków, jak należy jeść bezę (koniecznie w rozmiarze europejskim).

Na dodatek nie powiodła się próba powtórki z operacji „Krzyż” z 2010 r., czyli wywołania ostrej polaryzacji emocjonalnej i odarcia z tysiącletniej powagi chrześcijaństwa, ośmieszania jego symboli, splugawienia rodziny, a w efekcie sprawienia, że polska większość stanie się tłumem, bezładną gawiedzią, którą niewielka, acz dobrze zorganizowana grupka będzie mogła dowolnie sterować. Taka gigantyczna prowokacja i następujący po niej przemysł pogardy przyniosły w 2010 r. sukces obozowi Platformy.

Warunkiem koniecznym był faktyczny monopol medialny, którym wtedy dysponował Donald Tusk. Dziś rynek mediów wygląda zupełnie inaczej i choć nadal media opozycyjne stanowią większość, to po dawnej monokulturze nie ma już śladu. Balon propagandy ma to do siebie, że wystarczy zrobić w nim małą dziurkę, by całe powietrze zeszło. Z okoliczności całkowitej zmiany ładu medialnego nie zdają sobie sprawy liderzy opozycji, którzy po staremu drepczą w utartych w innych warunkach koleinach bez nadziei na jakąkolwiek zmianę.

Karmienie potwora

Tu jednak pojawia się pytanie, czy zmiana praktyki politycznej i przyjęcie racjonalnego sposobu uprawiania opozycyjności przez Platformę i jej przystawki jest w ogóle możliwe. Jak pisał Wiktor Suworow, opozycja w systemie demokratycznym powinna być „zapasowym mózgiem narodu”, więc teoretycznie politycy PO mają ogromne pole do popisu.

Tymczasem platformersi wpadli w własne sidła. Opieranie przez lata niemal całości działań politycznych i propagandy na pogardzie wobec „podludzi ze średniowiecza” wychowało elektorat uzależniony od codziennej dawki nienawiści, jak narkotyku potrzebujący coraz to nowych bodźców uzasadniających, dlaczego właśnie dziś ma nienawidzić Jarosława Kaczyńskiego. W tej sytuacji najmniejsze próby sprowadzenia narracji na drogę elementarnego rozsądku wywołują syndrom odstawienia, a w rezultacie spadki w notowaniach.

Nadto widoczne wyjałowienie intelektualne opozycji, a w efekcie programowe, powoduje coraz radykalniejsze uzależnienie jej polityków od ich medialnych akolitów, tak że trudno się zorientować, czy to pies macha ogonem, czy ogon psem. Zamiast polityki mamy więc kolejne „bomby” „Gazety Wyborczej”, filmy Smarzowskiego i Sekielskich. Tyle że nie można uprawiać polityki bez uprawiania polityki, oczekując, że wszystko załatwią medialne kampanie i artyleryjski ostrzał podstarzałych celebrytów.

AAA konia białego tanio sprzedam

Jako remedium na całe zło miał przybyć na białym rumaku pleno titulo Donald Tusk, opromieniony splendorem brukselskich salonów i tytułem „króla Europy”. Co więcej, polityk, który „wygrał z PiS 27 do 1” w procedurze przedłużenia jego kadencji na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. Trudno zakładać, że rząd Beaty Szydło i sam Jarosław Kaczyński realnie spodziewali się wygranej Jacka Saryusza-Wolskiego w starciu z kandydaturą Tuska forsowaną przez kanclerz Niemiec Angelę Merkel. Jednak ani Tusk, ani cały światek totalnej opozycji nie zauważyli, że z chwilą przyjęcia lukratywnej synekury de facto z rąk niemieckich, przy jednoznacznym sprzeciwie rządu Rzeczypospolitej, Tusk przestał być postrzegany jako polski polityk i stał się w Polsce politykiem niewybieralnym.

Stąd też przedwyborczy przyjazd Tuska z cyklem świeckich homilii (wykłady w rozumieniu akademickim to z pewnością nie były) został odebrany jako rewizor z Niemiec kontrolujący prawomyślność tubylców. Dodatkowo widoczny zanik słynnego słuchu społecznego do toksycznego uwodzenia wyborców jest spowodowany tym, że zarówno sam Donald Tusk, jak i jego platformerscy kamraci nie rozumieją już współczesnej Polski, nie wyczuwają emocji społecznych i są jak generałowie z poprzedniej wojny, którzy uparcie nie przyjmują do wiadomości, że reguły gry zmieniły się na zawsze.

 

Tekst ukazał się w tygodniku „Gazeta Polska” nr 27 (1351)/2019

Autor: Adrian Stankowski

Powrót

© FORUM S.A