Problemy hiszpańskich gigantów na starcie sezonu

numer 2429 - 11.09.2019 ▶ Sport

Nie tak wyobrażali sobie początek rozgrywek hiszpańskiej ligi kibice Realu Madryt i FC Barcelony. Dwa najbardziej utytułowane kluby na Półwyspie Iberyjskim oglądają po trzech kolejkach plecy Atletico Madryt. A to właśnie w zespole Diego Simeone zaszła najbardziej radykalna i wymuszona rewolucja kadrowa.

Po trzech rozegranych meczach Real stracił już cztery punkty, a Barca pięć. Kto przewidywał taki przebieg spraw, biorąc pod uwagę rywali pretendentów do tytułu w hiszpańskiej La Liga?

Real – czy porażka wielkiej rewolucji kadrowej to początek epoki kryzysu?

Królewscy wzorowo wypadli tylko w inauguracyjnym spotkaniu przeciwko Celcie Vigo. Tak jakby Zinedine Zidane użył zaczarowanej różdżki i stara gwardia, do niedawna tworząca wspaniałą historię klubowego futbolu, zaczęła grać na miarę swoich wielkich możliwości. Marcelo, Toni Kroos i Casemiro wraz z defensywą Realu stanowili zaporę nie do przejścia, co dobrze wróżyło na przyszłość. Niespodziewanie Madrytczyków na Santiago Bernabeu powstrzymała rewelacja początku sezonu, czyli Real Valladolid.

Jeszcze kilka miesięcy temu eksperci zastanawialiby się, ile goli wbije Real znacznie biedniejszemu rywalowi zza miedzy. Valladolid postawił się i zremisował, choć gra Los Blancos nadal była niezła – brakowało tylko skuteczności. Demony z poprzedniego sezonu wróciły już w potyczce z Villarreal, szczęśliwie zakończonej remisem 2:2. Co prawda gracze Realu dopuścili do dwóch okazji graczy „żółtej łodzi podwodnej”, ale tyleż samo goli stracili. W dodatku nie mieli zupełnie kontroli w środku pola, a w defensywie błędy Sergio Ramosa i Raphaela Varane’a nie zdarzają się nawet na orlikach, a co dopiero na topowym poziomie. Dość powiedzieć, że najlepiej w bloku obronnym wyglądał sprowadzony z Olimpique Lyon Francuz Ferland Mendy, który ma być alternatywą na lewej flance obrony dla Marcelo. Remis dla Realu uratował Gareth Bale dubletem – ten sam, który był wypychany z drużyny przez Zidane’a i kibiców. Trudno się zresztą było dziwić fanom Los Blancos, skoro Bale częściej niż na boisku widywany był w gabinecie lekarskim, a bardziej wydawał się zainteresowany grą w golfa niż sukcesami na boisku. To również świadczy o polityce transferowej Realu – najlepszym wzmocnieniem okazał się właśnie niechciany Bale, bowiem Eden Hazard leczy kontuzję, a napastnik Luka Jović jest melodią przyszłości w ataku madryckiego giganta. Florentino Perez nie sprowadził poza belgijskim skrzydłowym żadnego „galactico” – tymczasem w lecie przewijały się nazwiska Kyliana Mbappe, Neymara, Paula Pogby i Christiana Eriksena. Z wielkiej rewolucji kadrowej, zapowiadanej po fatalnym ubiegłym sezonie, w którym Real odpadł z walki o każde trofeum już w marcu, wyszły nici. Dlatego kibice są pełni obaw o przyszłość swojego klubu w tym sezonie – grozi mu niebezpieczny stan stagnacji, a pogłębienie kryzysu może – choć to mało prawdopodobne – stać się dla Królewskich epoką kryzysu, jaka dotyka tak wielkie firmy, jak Manchester United czy Milan. Z Celtą, Valladolid i Villarrealem obowiązkiem Realu, bez względu na liczne kontuzje w składzie, jest zdobycie 9 pkt. Tymczasem podopieczni Zizou uzbierali ich 5.

Barca – kontuzje starych wyjadaczy

W jeszcze gorszym położeniu znalazła się Barcelona, w której najjaśniejszą postacią w ostatnich dniach jest Ansu Fati. 16-latek, który nie grał nawet w młodzieżówce katalońskiej drużyny. Nastolatek stał się najmłodszym strzelcem Barcy w historii rozgrywek ligi hiszpańskiej – liczył w starciu z Osasuną dokładnie 16 lat i 304 dni. Kontuzje starych wyjadaczy, czyli Luisa Suareza i Leo Messiego, mocno oddziałują na wyobraźnię włodarzy i fanów Dumy Katalonii. Jak Barcelona będzie wyglądać za 2–3 lata, gdy genialny Argentyńczyk i snajper z Urugwaju przestaną odgrywać tak kluczową rolę?

Na sam początek ligi hiszpańskiej Barca przegrała z Athletic Bilbao po genialnej przewrotce 38-letniego Aduriza. Wypadek przy pracy? Takie odnieśli wrażenie komentatorzy piłkarscy, gdy na Camp Nou Barca rozbiła Betis 5:1, a dwie bramki strzelił Antoine Griezmann. Francuz miał wziąć na swoje barki grę i zastąpić Messiego. Sprawdzian, który miał być przyjemnością, odbył się w Pampelunie. Tam Griezmann praktycznie nie istniał, wyłączony z gry. Barcelona tylko zremisowała 2:2, choć na dobrą sprawę mogła przegrać w starciu z beniaminkiem. Jak na ponad 100 mln euro, wydanych na francuskiego snajpera, a także 75 mln euro za utalentowanego pomocnika Frenkiego de Jonga, cztery punkty w trzech meczach to naprawdę kiepski wynik. Barcelona, do końca okienka transferowego starająca się o Neymara, chce walczyć o tryplet, czyli każdy możliwy tytuł. Zmazać plamę po kompromitacji z końcówki sezonu 2018/2019, kiedy co prawda udało się potwierdzić dominację na krajowym podwórku, ale już kompromitacji w rewanżu z Liverpoolem i fatalnej postawy w finale Pucharu Króla z Valencią zapomnieć nie sposób. Barca jako pierwsza traciła gola w każdej z trzech kolejek ligowych. Poza Juniorem Firpo, sprowadzonym z Betisu jako zastępca Jordiego Alby, nie postarała się o jakościowego środkowego obrońcę w obliczu kontuzji Samuela Umtitiego i starzejącego się Gerarda Pique. Dla fanów Realu fatalna postawa na wyjazdach Barcelony jest tylko częściową osłodą.

Atletico Madryt nie gra pięknie,

lecz skutecznie

Wygrywa, choć z bólem, Atletico Madryt. Ekipa „Cholo” Simeone miała posypać się jak domek z kart po tym, jak klub opuścili Griezmann, Diego Godin, Felipe Luis i Rodri. Trzon zespołu został sprzedany, choć nie chciał tego argentyński menedżer. Na ich miejsce Atleti sprowadziło genialnego 20-latka z Benfiki Lizbona, Joao Felixa, Marcosa Llorente z Realu Madryt, Mariana Hermoso z Espanyolu czy Kierana Trippiera z Tottenhamu Hotspur. Wydawało się, że nie da się zastąpić największych gwiazd i to Atletico będzie miało największe problemy na starcie sezonu. Trzy mecze nowego Los Colchoneros i trzy zwycięstwa, choć minimalne: po 1:0 z Getafe i Levane oraz 3:2 z Eibar, choć madrytczycy przegrywali już dwoma bramkami po 20 minutach. Atletico jak zwykle nie gra pięknie, ale zapewne do końca będzie starało się walczyć o mistrzostwo Hiszpanii. Po trzech kolejkach piastuje pozycję lidera z kompletem punktów. Główną zmorą Simeone jest Liga Mistrzów, której nie mógł dotąd zdobyć. Jeśli docierał do finału, to musiał uznać wyższość Realu Madryt. Jeśli odpadał wcześniej, to w niewyjaśnionych okolicznościach jego gracze spisywali się grubo poniżej własnych możliwości – doskonały przykład to rewanż w 1/8 finału Ligi Mistrzów z Juventusem. Atletico roztrwoniło dwubramkową zaliczkę i poległo na Juventus Stadium po hat tricku Ronaldo, prawdziwym kacie Simeone. W obliczu wzmocnień angielskich drużyn, Juventusu, aspiracji Realu i Barcelony, o sukces w Europie będzie bardzo trudno. Trudniej niż z Griezmannem i Godinem w podstawowym składzie Atletico.

 

Autor: Grzegorz Wszołek

Powrót

© FORUM S.A