Kat z Rakowieckiej nieosądzony

numer 1435 - 03.06.2016 ▶ Publicystyka

W Hrubieszowie wiszą jeszcze klepsydry: „śp. Ryszard Mońko”. Ten ostatni uczestnik zbrodni na Witoldzie Pileckim został pochowany na miejscowym cmentarzu parafialnym. Ryszard Mońko, zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego ds. politycznych, w najbardziej mrocznych, stalinowskich czasach, do końca życia pobierał emeryturę wysokości 9 tys. zł.


Nie tylko nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnie, ale do grobu zabrał tajemnicę, gdzie dokładnie zrzucono zmasakrowane ciało Rotmistrza. Bo Mońko zarządził egzekucję Pileckiego, następnie brał w niej osobiście udział i zapewne pojechał później z jego szczątkami na Łączkę. Jednak przez 27 lat III RP nie zapukał do niego żaden śledczy. Prokurator Instytutu Pamięci Narodowej do końca utrzymywała, że Mońko... nie przeprowadził żadnych czynności w sprawie polskiego bohatera. Mnie bez problemu udało się dotrzeć do Mońki w 2012 r.
Nic nie pamiętam
Do Hrubieszowa jechałem w ciemno. Żyje, nie żyje – zastanawiałem się. W końcu ma już koło dziewięćdziesiątki. Z rozpoznaniem Mońki problemu być nie powinno. Ostatni raz widziałem go w 2002 r. na procesie prokuratora Czesława Łapińskiego (oskarżyciela grupy Pileckiego), kiedy zeznawał jako świadek. Adres też miałem. Dostałem go od Wacława Sikorskiego, AK-owca, który wspominał: „Mońko był moim kolegą sprzed wojny. Spotkałem go ponownie w 1948 r. na Mokotowie. Na korytarzu więziennym spytał mnie: »Co tu robisz?«. Odpowiedziałem: »Siedzę. A ty?« – spojrzałem na niego zaintrygowany. Odpowiedział: »Pracuję«”.
Czy Mońko otworzy nam drzwi? Czy mieszka sam? Języka zasięgnęliśmy w restauracji nieopodal zapisanego na kartce adresu. „Mońko? – zdziwiła się kelnerka. Oczywiście, że znam. Mieszka dwie przecznice stąd. Pracuje w policji”. Od słowa do słowa okazało się, że pani mówi o synu stalinowca. Czyli służby mundurowe to rodzinna tradycja. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
W końcu jest – jednorodzinna willa, nr 43. Nerwy. Nawet jak Mońko mnie wpuści, jego syn może zauważyć, że jestem naszpikowany mikrofonami. Bo razem z kolegami przyjechałem tu, aby zrobić film o ostatnim żyjącym mordercy Witolda Pileckiego. Przez dłuższy czas jednak nikt nie otwiera. Aż tu nagle zbliża się do nas człowiek na rowerze. Malutki, zadbany, z rumieńcem zdrowia na twarzy. Przyglądam się – przecież to Mońko. Dziarsko pedałuje z zakupami w koszyku, a potem zatrzymuje się przy bramie do swojej willi. Kamery ukrytej w samochodzie szczęśliwie nie zauważa. Rozmawiać jednak nie chce. To było dawno. „Nic nie pamiętam” – ucina. Przekonuję go, że jestem historykiem, a w tej chwili trwają prace ekshumacyjne na warszawskiej Łączce. Powinien złożyć relację – dla potomności. I tak zaczęła się nasza rozmowa, która przed bramą jego domu trwała około godziny. On trzymający mocno rower i co chwila nerwowo rozglądający się dokoła. Ja z mikrofonami pod kurtką, pilnujący, żeby nie gestykulować, bo na nagraniu słychać każdy ruch.
Egzekucja w starej kotłowni
O Łączce Mońko nie chciał mi nic powiedzieć, twierdząc, że na Mokotowie pracował do 1948 r., kiedy zamordowanych chowano potajemnie jeszcze na Służewie. Były naczelnik kłamał. Na procesie Łapińskiego zeznawał: „Na Mokotów zostałem skierowany w styczniu 1948 r. ze zlikwidowanej jednostki saperskiej. Jako funkcjonariusz ds. polityczno-wychowawczych uczyłem śledczych zasad polskiego ruchu robotniczego”.
Mnie szczególnie interesowała egzekucja rtm. Pileckiego, w której – jak wynika z dokumentów – Mońko brał udział. Pamiętałem jego opowieść z procesu Łapińskiego: „To był jedyny przypadek w mojej karierze. Zastępowałem Grabickiego [Alojzy Grabicki, który skończył miesięczny kurs więziennictwa w Łodzi i pracował najpierw w Białymstoku, do końca życia nienękany przez wymiar sprawiedliwości ukrywał prawdę o miejscu grzebania więźniów], który takimi sprawami zajmował się rutynowo, ale akurat wyjątkowo wyjechał. Wcześniej wypełniałem tylko gotowe blankiety i podpisywałem się. Dane uczestniczących w egzekucji sprawdzałem na podstawie okazanych mi legitymacji. 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu. Byli z bezpieki. Na polecenie prokuratora Cypryszewskiego rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu”.
Tu przerwijmy na chwilę zeznanie, jakie Mońko składał przed sądem. W rozmowie ze mną potwierdził, że w pierwszych latach powojennych egzekucje odbywały się głównie wewnątrz oddzielnie stojącego budynku starej kotłowni.
Mońko zeznawał dalej: „Widziałem, jak prowadzili Pileckiego pod ręce, a on poprosił ich, żeby go puścili, bo chce iść sam. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Więźniów politycznych rozstrzeliwano, pospolitych wieszano. Pluton egzekucyjny to był jeden funkcjonariusz UB (etatowy morderca starszy sierżant UB Piotr Śmietański, sądząc z podpisów na protokołach wykonania KS ledwo piśmienny. Jego następcą był Aleksander Drej, który uśmiercał naszych bohaterów w stanie upojenia alkoholowego). Lekarz w wojskowym mundurze wszedł do budynku i stwierdził zgon. Przed wykonaniem wyroku z Pileckim rozmawiał ksiądz Matusiewicz”.
Z faktu zamordowania ojca w budynku starej kotłowni Zofia Pilecka wyciąga wniosek, że Rotmistrz został spopielony. Nie ma na to jednak żadnych dowodów.
Oskarżający Łapińskiego prokurator IPN u spytała w sądzie świadka Mońkę: „Gdzie pogrzebano Pileckiego?”. A on odparł: „Nie brałem w tym udziału. Od dyżurnych wartowników słyszałem, że ciała zabitych wywoziła gdzieś sanitarka więzienna. Często jechał w niej naczelnik, który miał prawo jazdy”. Również na ostatnie pytanie: „Dlaczego podpisał pan protokół wykonania kary śmierci?” Mońko opowiedział jak zawsze ze spokojem: „A co miałem robić?”.
Śmietański zamordował trupa…
Pamiętając te zeznania, miałem nadzieję, że Mońko powie mi więcej. On powtórzył właściwie opis śmierci Pileckiego, który przedstawił w sądzie: „Wzięli go pod ręce. Czterech ludzi. On powiedział: »Będę szedł sam«. Założyli mu białą opaskę na oczy”.
Dopytywałem, powołując się na świadectwo ks. Jana Stępnia, współwięźnia z ul. Rakowieckiej, który miał widzieć tę ostatnią drogę Rotmistrza z okna celi: „Prowadziło go pod ręce dwóch strażników. Ledwie dotykał stopami ziemi. Nie wiem, czy był wtedy przytomny. Sprawiał wrażenie zupełnie omdlałego”. Czyli wszystko wskazuje na to, że w momencie egzekucji skatowany przez „oficerów” bezpieki Pilecki już nie żył, że Śmietański zamordował trupa… Mońko jednak twardo powtórzył swoje: „Szedł sam, dobrowolnie. Widziałem to dokładnie, szedłem 30–40 m dalej. Nim doszedłem do miejsca, jego już rozstrzelano”. „Gdzie to było, też w kotłowni?” – doprecyzowałem. „Tak. Prócz kata Śmietańskiego byli prokurator, ksiądz”. „Ile było strzałów?” „Słyszałem jeden”. „Co się potem stało?” „Nie wiem. Mówiłem już, że nie uczestniczyłem w pochówkach. Też musiał być wywieziony sanitarką”.
Jestem czysty
Potem spytałem Mońkę jeszcze m.in. o to, dlaczego – jego zdaniem – na ekshumacje na Powązkach trzeba było czekać aż 23 lata? Czy ktoś to blokuje? Mońko na to: „Wydaje mi się, że tak. Może boją się Rosji”.
Ryszard Mońko, z zawodu technik rolniczy i mechanik, który po odejściu z Mokotowa był m.in. – do 1962 r. – naczelnikiem więzienia w Częstochowie, na koniec pochwalił mi się, że ma kilka tysięcy złotych emerytury („Wałęsa, dobry człowiek, wyrównał mi emeryturę”). Zadowolony z życia, miły dla sąsiadów starszy pan cieszył się dobrym zdrowiem. „Nie mam żadnych dochodzeń sądowych. Jestem czysty” – powiedział mi na odchodne. W końcu zmarł w rodzinnym Hrubieszowie, pożegnany przez miejscowych księży. Tak odszedł ostatni morderca Witolda Pileckiego.

Tadeusz Płużański. Publicysta historyczny, komentator polityczny, prezes fundacji „Łączka”, autor książek o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych, w tym ostatniej: „Rotmistrz Pilecki i jego oprawcy”.

Autor: Tadeusz Płużański

Powrót

© FORUM S.A